Powiadomienia o nowych rozdziałach

wtorek, 3 kwietnia 2018

17. Zakład

A - Augustyn
T - Tina
G - Gracja

***

W dzisiejszych czasach dużo mówi się o przemocy, jakiej mężczyźni dopuszczają się na kobietach, natomiast milczy się na temat przemocy, jakiej kobiety dopuszczają się względem mężczyzn. Współczesna socjologia przyjmuje, że istotą bycia dziewczyną jest bycie ofiarą dyskryminacji, w związku z czym w sytuacji przemocowej rola sprawcy i winnego może przypaść wyłącznie chłopakowi. Podejście znacznie bardziej równościowe znaleźć możemy u autorów biblijnych, konkretnie - starotestamentalnych. W Starym Testamencie sprawcami przemocy są zarówno osoby płci męskiej, jak i żeńskiej. Kobiety starotestamentalne, na równi z mężczyznami, korzystają z kradzieży (Rachela), oszustwa (Rebeka), zdrady (Rachab) czy kłamstwa (wszystkie wymienione). Starożytne feministki opracowały szereg oryginalnych, nieznanych płci brzydkiej technik walki. Upijały swoje ofiary, by nieprzytomnych doprowadzić do współżycia (córki Lota), a zupełnie nieprzytomnych - do utraty życia (Judyta). Nie zawsze zresztą potrzebowały alkoholu - wiedziały dobrze, że mężczyzna robi się senny także po mleku (Jael), a nawet po zwykłej kolacji (Rut). W negocjacjach, zarówno na poziomie rodzinnym, jak i państwowym, potrafiły zrobić użytek ze swej urody (Judyta), fizjologii (Rachela), zajmowanego stanowiska (Estera), a nawet z pracy swoich dzieci (Lea). 
Co do planowania rodziny, musimy pamiętać, że w starożytności kariera była oparta na wielodzietności. Ówczesnym biznesmenkom i biznesmenom zależało przede wszystkim na utrzymaniu wysokiego tempa wzrostu liczebności swoich potomków. Mężczyźni zakładali przedsiębiorstwa rodzinne, w których zatrudniali jedną lub więcej specjalistek do spraw potomstwa. Kobieta marząca o stanowisku głównego specjalisty w danym przedsiębiorstwie musiała dbać o wyniki prowadzonego przez siebie biura prokreacyjnego. Przeciętne prowadziły biura jednoosobowe, natomiast te z wyższej półki zatrudniały żony-surogatki. Zadaniem żony-surogatki było podnoszenie wyników biura pani-żony, tak by biuro pani-żony swoimi wynikami całkowicie pogrążyło konkurencję. Obowiązkiem dobrego męża było natomiast dbanie o to, by żadne biuro, podlegające pod jego przedsiębiorstwo, nie było zaniedbane prokreacyjnie. Jeśli mężczyzna nie wypełnił swego zadania przed śmiercią, narażając podległe mu biura na straty, obowiązek przejęcia przedsiębiorstwa spadał na jego braci. Sprawy o zaniedbanie prokreacyjne traktowano bardzo poważnie. Doszło do tego, że w prawie żydowskim pojawił się bezprecedensowy i niezwykle niebezpieczny (z punktu widzenia przedsiębiorców) kazus Tamar vs Juda. Kobieta zaniedbana prokreacyjnie przez męża i jego braci zdecydowała się domagać swych praw od ich ojca. Sprawę wygrała.

Na przełomie listopada i grudnia zaczyna się robić naprawdę zimno. 
Zwłaszcza o piątej rano. 

- [A] Widzisz? Wstałem o piątej, nawet za pięć piąta. Zdążyłem na autobus. Wasze roraty rozpoczną się dopiero za kwadrans, a ja już jestem na miejscu. Nie jestem leniem.
- [T] Pierwszego dnia każdy potrafi być przed czasem. Poczekaj do czwartego tygodnia, wtedy pogadamy. 
- [G] A ja w zeszłym roku wstałam na wszystkie!
- [T] Tak, kochanie. Zawsze byłaś bardzo sumienną dziewczynką. 
- [G] Najsumienniejszą na całym świecie!
- [T] Zgadza się, kochanie.
- [G] I zawsze pamiętam o świeczce.

O czym?
O kurde.

W starej parafii Pana Heretyka nikt nie pozwoliłby dziecku trzymać zapalonej świeczki w ręce podczas Mszy Świętej. Uczniowie szkoły podstawowej przychodzili na Roraty z tanimi lampionami, które składało się z materiałów dołączonych do religijnej gazetki. W religijnej gazetce znajdował się zawsze jakiś gadżet na dany okres liturgiczny. Był w niej też kącik korespondencyjny dla dzieci, które chciały pisać listy z kimś z innego miasta (mowa o czasach, w których internet nie był jeszcze bardziej popularny od powietrza), a ponadto obszerny dział dla przyszłych kandydatów na ołtarze. 
Z artykułów zamieszczanych w tymże pisemku można było dowiedzieć się, że wierzące dziecko każdą zabawkę oddaje innym (bo przecież i tak spędza czas wyłącznie na nauce, modlitwie, opiece nad młodszymi i myciu naczyń), nigdy nie chodzi na imprezy urodzinowe (bo są organizowane w piątki), nie je słodyczy ani chipsów (bo takie rzeczy jedzą tylko złe, chciwe i głupie dzieci, które nigdy się nie dzielą i mają zepsute zęby), nie ściąga na klasówkach (bo przecież najbardziej się cieszy, kiedy może przyznać się do jedynki i przyjąć karę od rodziców), telewizora unika jak ognia (bo przecież w bajkach to tylko przemoc i wulgaryzmy, w najlepszym wypadku), zadania domowe odrabia w tym samym dniu, w którym zostały zadane (a nie w dniu, w którym powinny zostać oddane), a w ogóle to jest radosne i posłuszne. 
Mały Augustyn, jak się domyślacie, unikał prasy tego rodzaju. Wiedział, że swoich zabawek - książek, które dostał na gwiazdkę i urodziny - nie odda za nic w świecie, chyba że swojej przyjaciółce (a i to wyłącznie na przechowanie). Na imprezy nie chodził, bo nikt go nie zapraszał. Nie jadał chipsów, bo nie dostawał kieszonkowego, za które mógłby je sobie kupić w czasie dużej przerwy. Nie głodował - po prostu ustalono, że w czasie lekcji będzie się zadowalał kanapkami od mamy oraz obiadem w stołówce, sfinansowanym z budżetu gminy, w związku z czym nie będzie potrzeby dawania mu kieszonkowego. Nigdy nie miał problemów z nauką, dlatego prawie nie ściągał. Nie znaczy to, że ściągać nie umiał. Mały Augustyn był przekonany, że w sztuce oszukiwania nauczycieli przewyższa swoich kolegów-amatorów co najmniej o pięć poziomów. To, że rzadko korzystał ze swych zdolności, potwierdzało jedynie jego mistrzostwo. Co do telewizora, cóż, nigdy nie znalazł się na liście sprzętów, które jego mama uważała za warte nabycia. 

- [G] A ty, gdzie masz świeczkę? Musisz mieć świeczkę!

Wspominałem o bezczelnych dzieciach?

- [A] Nikt mi nie mówił, że mam zabrać świeczkę.
- [G] Na Roraty zawsze trzeba mieć świeczkę! Jak nie będziesz miał świeczki, będziesz miał ciemno.
- [A] Ciemno jest tylko na początku. Spokojnie. Ksiądz zaśpiewa Chwała na wysokości i ktoś przypomni sobie o istnieniu elektryczności. 
- [T] Nie chcę cię dobijać, ale to Roraty w stylu, nazwijmy to, klasycznym. 
- [A] Po łacinie? 
- [T] Po łacinie jest tylko Rorate caeli na wejście, Sanctus i Agnus Dei. "Klasycznie" znaczy "po ciemku". Przy świecach.
- [A] W naszej starej parafii na Chwała włączali światło. 
- [T] W naszej starej parafii robili Roraty w czasie dobranocki. A to są klasyczne Roraty. Prawdziwe Roraty. Przed świtem i po ciemku.
- [A] Spoko. Dam sobie radę bez świeczki. Usiądę sobie za jakimś filarem i pośpię. Nie muszę nic widzieć - i tak nie idę do Komunii. 
- [G] Nie martw się. Pójdę pierwsza, a potem wrócę i pożyczę ci świeczkę. Będziesz widział i będziesz mógł pójść!

Gracja najwyraźniej jeszcze nie słyszała o pannach roztropnych i nieroztropnych. 

- [T] Kochanie, co w zeszłym roku mówił ojciec Janusz o podchodzeniu do Komunii ze świeczką?
- [G] Że można podpalić księdza. 
- [T] Dokładnie. A my nie chcemy podpalić księdza, prawda? Zgasimy świeczki, zanim staniemy w kolejce. Słonko będzie już wschodzić i nie będziemy potrzebowały ognia.

Pan Heretyk nigdy nie zastanawiał się szczególnie nad liturgicznym BHP. Nawet wtedy, gdy jeszcze zdarzało mu się w Liturgii uczestniczyć. Nigdy zresztą nie miał żadnego szczególnego powodu, by zajmować się takimi rzeczami. Nie był nawet ministrantem. W jego parafii nie było zwyczaju, żeby wierni przychodzili do kościoła ze świecami. Ksiądz miał zadbać o przyzwoite oświetlenie i już.
Gdy weszli do Bazyliki, wszystkie lampy były jeszcze włączone. Było cicho i pusto. W prawej kaplicy jakaś grupa hardcorów kończyła śpiewać Godzinki. Skoro kończyła, to znaczy, że musiała zacząć równo o szóstej rano - pół godziny przed właściwymi Roratami. Pan Heretyk mógł przekonać się, że hardcorowcy byli nie tylko punktualni, ale także sprytni. Część ławek z przodu i rozłożonych krzesełek była zajęta przez torebki, świece, lampiony, czapki, rękawiczki i paczki chusteczek higienicznych. 
Chusteczki higieniczne to gadżet, bez którego nie może się obejść żaden roratowicz. Pomagają nie tylko walczyć z objawami osłabienia organizmu, które muszą się pojawić przy wstawaniu przed świtem zimą, ale także zabezpieczają roratowicza przed stopionym woskiem. Gdyby świece były gaszone na Chwała, nie byłoby czym się przejmować. Do tego momentu tylko niewielka ilość wosku ulega stopieniu - zwykle zbyt mała, by zaczął spływać. Problem zaczyna się najczęściej gdzieś w połowie kazania. Przy Agnus Dei sytuacja potrafi zrobić się naprawdę dramatyczna. Wtedy najłatwiej o zachlapanie butów, płaszcza i plecaka jakiegoś mniej uważnego brata w wierze.
Tina wyjaśniła Heretykowi, że najbezpieczniej jest trzymać świeczkę przez chusteczkę zawiniętą u dołu. Jeśli zawiniemy ją na środku, stopiony wosk może sprawić, że fragmenty chusteczki się przykleją. Jeśli takiego przyklejonego fragmentu nie zdrapiemy, na kolejnych Roratach ogień do niego dotrze, zapali go i zrobi drugi knot. Knot tego rodzaju jest potencjalnie niebezpieczny - daje wysoki płomień i potrafi odpaść po minucie czy dwóch. Tina nigdy nie była świadkiem naprawdę niebezpiecznego zdarzenia na Roratach, ale gdy zaczynała swoją przygodę z grudniowym wstawaniem, płonące knoty z przyklejonej chusteczki zdarzały się jej często i wracały jak plaga. Przerażające za każdym razem. 

Dlatego należy trzymać chusteczkę zawiniętą u dołu. 

Gdy hardcorowcy zaczęli zajmować swoje miejsca, uświadomiłem sobie, że moja przyjaciółka zniknęła gdzieś ze swoją córeczką. Przez chwilę było nawet zabawnie. W końcu zgasło światło. W Bazylice zaczęli gromadzić się ludzie. Schola postanowiła się rozłożyć. Jeszcze więcej ludzi. Teraz zgasło także to światło, o którym zapomnieli hardcorowcy, gdy wychodzili z kaplicy, a które dotychczas uciekało do Bazyliki przez niedomknięte drzwi. Kolejni ludzie. Musiałem wyjaśnić trzem niezidentyfikowanym osobom pod rząd, że nie mogą usiąść obok mnie na jedynych wolnych krzesełkach, ponieważ są one zajęte przez powietrze. Lampka w prezbiterium, informująca o Jego obecności, a do tego kilka gazetkowych lampionów, które przybyły z dzieciakami już zapalone. Żadnego innego światła. 

A więc dalej sprzedają te pisemka. Dalej sklejają te papierowe domki.

środa, 7 lutego 2018

16. Zamach

16. Zamach

[A] Augustyn
[F1] Facet
[D] Dawid
[T] Tina
[F2] Feministka Pierwsza
[F3] Feministka Druga

***

- [A] Na czas!

Dwie sekundy później smartfon Pana Heretyka zbliżał się już w stronę chodnika. Drogą powietrzną. Tak bywa, gdy człowiek wyjmuje smartfona, by sprawdzić godzinę, jednocześnie biegnąc i nie zwracając uwagi na otoczenie. Pan Heretyk nie był typem osoby, która biega i nie zwraca uwagi na otoczenie. Generalnie.
Zagadali się. No dobrze. Przyjaciołom to się zdarza. Powiedziała mu, że jest spóźniona i że musi już lecieć. Super. Ludzie tak mówią, jeśli zdarzy im się z kimś zagadać. Wpadł na pomysł, żeby sprawdzić, czy przypadkiem nie są predestynowani do pokonania w piętnaście minut drogi, której pokonanie normalnie zajmuje minut trzydzieści. W tym miejscu pojawia się problem. Jak uzasadnić logicznie przejście od mojej-przyjaciółki-bycia-spóźnionym do naszej-powinności-czasu-ścigania? Pan Heretyk miał dziwne wrażenie, że była to jedna z tych rzeczy, o jakich nie śniło się niemieckim filozofom.
Oto fakty. Postanowili pokonać w piętnaście minut drogę, której pokonanie normalnie zajmuje dwa razy tyle. Gdy zobaczył szpital, o którym wiedział, że znajduje się blisko mety, wyciągnął smartfona, żeby sprawdzić czas. Ponieważ nie patrzył pod nogi, wywalił się na jakiejś nierówności terenu. Wpadł do wielkiej kałuży, a jego telefon wyleciał mu z ręki, doświadczył spotkania trzeciego stopnia z chodnikiem i rozbił się. Tuż obok przechodził jakiś facet. Pan Heretyk prawie przewrócił go podczas upadku. Zachlapał również jego ubranie. Torba, którą facet miał w ręku, poleciała w stronę telefonu. Pan Heretyk miał nadzieję, że nie było w niej nic kruchego ani takiego, co mogłoby się rozlać.

- [F1] Bawcie się dobrze!                                                                                           

Klęczał na betonie. Upadł na niego dość mocno, by podejrzewać, że co najmniej jedno kolano ma rozbite, może nawet krwawiące. Jego spodnie były całe mokre, a buty - pełne deszczówki. Po biegu z trudem łapał powietrze. Czuł, że koszula pod kurtką klei mu się do pleców. Przed nim leżały resztki telefonu. Dość drogiego telefonu.

No tak. Bawcie się. To się nazywa dobrać słowa do sytuacji.

- [D] Niezła akcja! Wczoraj ten gościu chwalił się nam, że w tym szpitalu wykonują pięćdziesiąt aborcji rocznie. Ponoć w zeszłym miesiącu sam wykonał cztery. Teraz będzie mógł nas oskarżyć o czynną napaść.
- [A] Chcesz powiedzieć, że właśnie dokonałem nieudanej próby zamachu na miejscowego  abortera?
- [D] Dokładnie. Niezła akcja!
- [A] To nie jesteśmy pacyfistami?
- [T] "Jesteśmy"? Czyli podpiszesz nasz projekt?
- [A] Wyciągasz zbyt daleko idące wnioski.

Niewielki plac obok przystanku "SZPITAL" był jednym z ulubionych miejsc zbiórkowych wszystkich organizacji społecznych, nie tylko pro-liferów. Pan Heretyk dowiedział się, że tego dnia Panie Feministki zarezerwowały plac od osiemnastej do dwudziestej. Pro-liferzy zgłosili swoją obecność od siedemnastej do dziewiętnastej.

- [D] Nie ma się czym przejmować. Może stchórzą i w ogóle się dziś nie pojawią? Jak przyjdą, to też nie problem. Po drugiej stronie mają dużo miejsca. Nasze zgromadzenie jest legalne. Policja potwierdzi.
- [A] Zawsze zamawiacie radiowóz do ochrony?
- [D] Policja już nas kojarzy. Czasem jest, czasem jej nie ma, ale z reguły nie zostawiają nas samych. Jakichś chorych akcji to u nas nie ma. Ale jak którejś feministce przyjdzie ochota na nas naskarżyć, to nie musi daleko iść.

Mógł wrócić do mieszkania, zmienić skarpetki i poszukać w sieci jakiegoś serwisu urządzeń mobilnych. Ale wtedy do ich stolika podeszła jakaś grupka ludzi. Potem następna. Potem zaczęli dyskutować o tym, czy blastocysta to ten sam byt, co późniejszy noworodek. Jeszcze później ktoś zaczął układać pasjansa z naklejek promocyjnych, a ktoś inny podjął się zrecenzowania najnowszych hitów kina chrześcijańskiego.

A potem wybiła dziewiętnasta.

- [F2] A gdzie wasz plakat? Zakazali wam już pokazywania tych okropieństw? Dobrze! Dzieci nie będą musiały na to patrzeć!
- [A] Pani wybaczy, ale jakie okropieństwa ma pani na myśli?
- [F3] Krwawe płody! Ciągle je pokazujecie! Wydaje się wam, że dbacie o dzieci? A kto się martwi o ich psychikę?
- [F2] Córeczka mojej przyjaciółki ma przez was koszmary!
- [A] Ustalmy fakty. Krwawe płody to okropieństwo?
- [F2] A panu to się podoba? Powinniście się leczyć!
- [A] Nie, wcale mi się nie podoba. Uważam, że krwawe płody to okropieństwo. Czy w tym punkcie się zgadzamy?
- [F3] Jak wam też się nie podoba, to czemu ciągle je pokazujecie?
- [A] Pokazujemy? Widzi tu pani gdzieś krwawe płody?
- [F3] Nie pokazujecie, bo wam zakazali!
- [A] Zakazali czy nie, aktualnie nie ma tu żadnych krwawych zdjęć. Czy zgodzimy się co do tego,  że krwawe płody to okropieństwo?
- [F2] Z panem to ja się w niczym nie będę zgadzać!
- [F3] Krwawe płody to okropieństwo! Dotarło? Powiecie kolegom, że takich rzeczy nie wolno pokazywać?
- [A] A czy pani przekaże koleżankom, że takich rzeczy nie wolno robić?

W tym momencie Panie Feministki zaśmiały się i poszły pomóc koleżankom w ustawianiu sprzętu.
Pan Heretyk próbował się bronić. Ale nie miał szans. Fakty były takie, że wziął udział w pikiecie antyaborcyjnej. Udział jak najbardziej aktywny. Podjął się dyskusji z dwiema Paniami Feministkami, argumentując jak prawdziwy pro-lifer. Mógł wmawiać sobie, że równie dobrze mógłby stanąć po drugiej stronie placu i dyskutować z katolikami, argumentując jak prawdziwy obrońca kobiet. Ale fakty były takie, że stał po tej, nie po drugiej stronie. W dodatku zaatakował lekarza z miejscowego szpitala.

Nie miał wyjścia.
Musiał podpisać.

Dawid postanowił, że tak spektakularne zwycięstwo trzeba uczcić. Okazja była nawet podwójna. Heretyk podpisał ich projekt, to jedno. Listopad nieuchronnie zmierzał ku końcowi, to drugie. Kolegom Pana Heretyka zostało tylko parę dni do rozpoczęcia Adwentu.
Adwent to dla katolika czas szczególny. Nie tylko dlatego, że ulice i galerie handlowe zaczynają świecić i dzwonić. To początek roku liturgicznego. Czas przygotowania na przyjście Pana. "Przyjście" rozumiane jest tu w dwóch znaczeniach. Oczywiście, chodzi o przygotowanie się do wspominania, świętowania narodzin Chrystusa. To był pierwszy raz, gdy On przyszedł. Chrześcijanie, nie tylko katolicy, wierzą w to, że będzie i drugie przyjście, zwane Paruzją. W Adwencie chodzi tak naprawdę o przygotowanie się na koniec świata. W dawnych czasach Adwent, trochę jak Wielki Post, był czasem wyciszenia i pokuty. Dziś mocno podkreśla się, że tu chodzi o radosne oczekiwanie. Od umartwiania się jest marzec, nie grudzień. Ale kiedyś w Adwencie, podobnie jak w Wielkim Poście, nie wolno było brać udziału w zabawach. Dlatego dziś koniec listopada, podobnie jak koniec stycznia, jest od imprezowania.
Pan Heretyk nie miał jakiegoś konkretnego wyobrażenia na temat tego, co robią katolicy, kiedy chcą się zabawić. Mam na myśli prawdziwą zabawę. Nie Wielbienie. Nie pielgrzymkę. Zabawę. W wersji świeckiej, zabawa składała się z alkoholu, muzyki, alkoholu, żarcia, alkoholu, próby nawiązania komunikacji werbalnej, alkoholu, tańca dla chętnych i jeszcze odrobiny alkoholu. Wersja katolicka, jak się okazało, zawierała w sobie podobne elementy, jednak w innych proporcjach. Pierwszym etapem była wspólna pizza. W tym punkcie najważniejsza była komunikacja werbalna. Etap drugi stanowiła wizyta w klubie. Istotę tej części programu stanowił, często pomijany w wersji świeckiej, taniec. Całość była pozbawiona składnika głównego.
To ostatnie nie przeszkadzało Panu Heretykowi w żadnej mierze. Jego dotychczasowe doświadczenia z udziałem w zabawach doprowadziły go do sformułowania tezy, iż poziom nudy na spotkaniu jest wprost proporcjonalny do ilości zamówionych napoi. To prawda, że zamawiało się je w celu usprawnienia zdolności komunikacyjnych i ruchowych osób zaproszonych. Osoby te najczęściej nie wyobrażały sobie rozmowy i tańca bez procentów w głowie. A jednak ceną za to usprawnianie był intensywny wzrost nudy. Nie zrozumcie mnie źle. Pan Heretyk był wegetarianinem, ale nie abstynentem. Nie dotrzymał nawet przyrzeczenia powstrzymania się od alkoholu i papierosów aż do osiągnięcia pełnoletności, które dzieci składają w dniu Pierwszej Komunii. Używki te pojawiły się w jego życiu gdzieś w okolicach siedemnastych urodzin. Nigdy jednak nie wypił tyle, żeby nie zauważyć, jak nuda przychodzi, rozrasta się i pochłania po kolei wszystkich obecnych. Mówili więcej, ale w tej mowie było coraz mniej sensu. Ruszali się więcej, ale ruchy te w coraz mniejszym stopniu ujawniały świadomość i wolę podmiotu ruszającego się. Nuda.

- [T] Dawid pyta, czemu nie tańczysz. To twój dzień!
- [A] Przekaż mu, że robi się nudny. Ja nie tańczę. I nie śpiewam.
- [T] Nie podpisuję projektów pro-life?
- [A] Ładnie to tak kopać leżącego?
- [T] Wiesz, jaka jest prawda? Jesteś leniem.
- [A] Kłamcą, to rozumiem. Nawet profesjonalnym. Ale leniem?
- [T] Śmierdzącym.
- [A] Gdy ostatni raz byłaś u mnie w mieszkaniu, stwierdziłaś, że jest chorobliwie sterylne.
- [T] I że śmierdzi. Octem.
- [A] Kuchnię czyści się sodą oczyszczoną i octem.
- [T] Nie w ilości wskazującej na zaburzenia obsesyjno-kompulsywne.
- [A] Może cierpię na nerwicę natręctw. Ale nie jestem leniem. Sprzątam. Ścigam się z czasem, żeby zdążyć na twoją pikietę. Czytam książki.
- [T] Sprzątasz, ale po jednej osobie. Biegasz raz w roku przez piętnaście minut. Co do książek, czytasz je dla rozrywki. Jesteś śmierdzącym octem leniem i taka jest prawda. Nie śpiewasz. Nie tańczysz. Założę się, że w twojej leniwej głowie nawet nie powstała myśl, żeby chociaż raz przed świętami wstać przed południem i pójść na Roraty.
- [A] Roraty? Nie byłem na Mszy od jakichś ośmiu lat.
- [T] Mówiłam. Leń octowy!

poniedziałek, 8 stycznia 2018

15. Skojarzenia

A- Augustyn
O - Ojciec
T - Tina
G - Gracja

***

Pan Heretyk nie miał szczególnie dobrych relacji ze swoim ojcem.
Ale się rozumieli.

Młody Augustyn bardzo szybko zapragnął stać się osobą samodzielną. Z kolei tata młodego Augustyna nie chciał, by przypominano mu zbyt często, że ma syna. Stworzyli układ, który wychodził na przeciw potrzebom ich obu.

Nie mieszkali razem. Pan Heretyk odwiedzał tatę w jego mieszkaniu średnio raz w miesiącu. Oczywiście, gdy był w szkole średniej, zdarzało mu się to częściej. Spotykali się wtedy co drugi dzień, na obiedzie. Ponadto, młody Augustyn nocował u ojca w każdy weekend. Źle by było, gdyby nieodpowiednie osoby dowiedziały się, że niepełnoletni jeszcze licealista mieszka sam (choć w mieszkaniu oficjalnie wynajętym przez swojego ojca). Byłoby jeszcze gorzej, gdyby wyszło, że tenże licealista nie ma praktycznie żadnego kontaktu ani z rodzicami, ani z żadnymi innymi opiekunami. Za coś takiego można trafić do domu dziecka nawet na dwa lata. Na szczęście, młody Augustyn nigdy nie opuszczał zajęć w szkole, na które przychodził zawsze przygotowany i zawsze w świeżo wypranych ciuchach. Ponadto, jego ojciec brał udział we wszystkich zebraniach rodziców i opłacał wszystkie wycieczki. Dbał też, by młody Augustyn miał zawsze opłacone mieszkanie, doładowany telefon i odpowiednią sumę pieniędzy na pokrycie codziennych wydatków. Takie zabezpieczenie wystarczyło, by uniknąć podejrzeń wychowawcy. Potem zaczęły się studia. Pan Heretyk dalej potrzebował wsparcia finansowego do prowadzenia swej samodzielnej egzystencji, ale nie trzeba było już martwić się nieodpowiednimi osobami oraz ich poglądami na wychowanie. Ojciec zaprosił go do praktyki, a następnie do pracy w jego redakcji. Czasem spotykali się na obiedzie, na korytarzu lub w tramwaju. Ponadto, Pan Heretyk odwiedzał ojca w jego mieszkaniu średnio raz w miesiącu.

Układ idealny.

- [O] Ja tam wyrzucam takie rzeczy od razu na mieście. Wkurzają mnie tacy ludzie.
- [A] Jacy?
- [O] No, ci wszyscy na ulicach, co próbują ci wcisnąć jakieś papiery. Każdy coś chce. Maturzyści z kuponami do fast-foodów to pół biedy. Ostatnio na ulice wyszły te oszołomy od aborcji. Dawniej wychodziły na wiosnę. W tym roku się nie pojawiły, to człowiek miał nadzieję, że już dali se siana. Ale nie! Teraz jeszcze wymyślili te megafony! Zresztą widzę, że ciebie też napadli. To ich ulotki. Jak mówię, ja takie śmiecie to od razu wywalam.

Tata Heretyka zwykle nie odwiedzał go w jego mieszkaniu.
Zdarzało się to jednak od czasu do czasu.
Na przykład raz w roku.

- [A] To materiały mojej przyjaciółki. Jest zaangażowana w ruch obrony życia. Była wczoraj u mnie i zapomniała o nich.
- [O] Proszę! Już się bałem, że po tej ostatniej to już całkiem się zraziłeś. No! Ale czekaj, ona musi być z tego całego kościółkowego towarzystwa, nie? Uważaj! Jedna już chciała cię zaciągnąć przed ołtarz!
- [A] Tina jest moją przyjaciółką. Tylko. Jeszcze z podstawówki. Nie jesteśmy parą.
- [O] Ja bym tam uważał. W ogóle na twoim miejscu nie szukałbym partnerki na kółku różańcowym. Mniejsza, jakie tam lubisz. U takiej po prostu nie masz co liczyć na coś więcej. Jeśli liczysz na coś więcej, lepiej zmień adres.

Pan Heretyk, nawet jako młody Augustyn, nie rozmawiał o tym ze swoim tatą. Ale podejrzewał, że tenże musi mieć poważne zranienia, gdy chodzi o kontakty z kobietami wyznania katolickiego. Miał w stosunku do nich ewidentne uprzedzenia, których nic nie mogło zmienić. Pan Heretyk przypuszczał, że było to związane z traumą po rozstaniu się z żoną - kobietą wyznania bardzo katolickiego.

Co do przyjaciółki Pana Heretyka, faktycznie odwiedziła go dzień wcześniej. Z córką, oczywiście. Był to piątek. Przygotował dla nich koftę indyjską. Kofta indyjska, przynajmniej według jednego z internetowych przepisów, to pulpety z twarogu i ziemniaków, z odpowiednimi przyprawami i innymi bezmięsnymi dodatkami, podawane z ryżem i sosem pomidorowym. Konserwatywna część waszego JA zapyta pewnie, jak to możliwe, że to facet gotuje. Jak wspominałem, Pan Heretyk już jako młody Augustyn zaczął pracować nad prowadzeniem swej samodzielnej egzystencji. Elementem tegoż były pierwsze próby samodzielnego prania i sprzątania, a później gotowania. Wspominałem też, że Pan Heretyk był wegetarianinem. Przyjaciółka Pana Heretyka była wegetarianką piątkową - gwoli ścisłości, bardziej piątkową niż wegetarianką, ponieważ w każdy wegetariański piątek jadła ryby. Pan Heretyk, jak na porządnego wegetarianina przystało, postanowił udowodnić swojej przyjaciółce, że można przygotować dobry obiad bez pozbawiania życia nawet jednej istoty czującej.

- [A] Czytała pani ostatnio coś godnego polecenia?
- [G] Mi się bardzo podobała "Matylda".
- [A] A o czym to?
- [G] O dziewczynce, która umie czarować i ma głupich rodziców.
- [A] Bardzo katolickie.
- [G] Ale ta dziewczynka nie chodzi do kościoła!
- [A] Co też pani mówi!
- [G] No. W "Moście do Terabithii" dziewczynka też nie chodzi do kościoła, ale przynajmniej raz poszła. Miała też fajnych rodziców. Chociaż może też głupich.
- [A] Bo nie chodzili do kościoła?
- [G] Bo nie mieli telewizora.
- [A] To chyba mądrze? Telewizor to zło.
- [G] No, ale jakby mieli telewizor, to ona by nie miała takiej wyobraźni. A jakby nie miała wyobraźni, to by ją lubili w szkole. A jakby ją lubili w szkole, to ona by nie chodziła do lasu. A jakby nie chodziła do lasu, to by nie huśtała się na tamtej linie nad rzeką. A jakby nie huśtała się nad rzeką...

Kto by pomyślał, że jakaś kupa złomu może uratować czyjeś życie.

- [A] A pani? Czytała pani ostatnio coś ciekawego?
- [T] "Ciekawe" to niewłaściwe słowo...
- [A] Rozumiem. A poza Pismem Świętym?
- [T] Nie to miałam na myśli.
- [A] Poza Katechizmem...?
- [T] Gdyby pan wiedział, co właśnie czytam, nie byłby pan w nastroju do żartów.
- [A] Cóż to? Może zgadnę?
- [T] Lubi pan zagadki?
- [A] Uwielbiam.
- [T] A więc dobrze. Chodzi o pewnego psychologa. W sumie psychiatrę. A w sumie to filozofa. Austriak żydowskiego pochodzenia, z Wiednia.
- [A] Z nazwiskiem na literę "F"?
- [T] Dobry jesteś! Podpowiem jeszcze, że jego imię zaczyna się na "V".

Pan Heretyk kombinował jak mógł.
Ale "Zygmunt" za Chiny konfucjańskie nie chciał zaczynać się na "V".
Nawet po niemiecku.

Przyjaciółka Pana Heretyka wyjaśniła mu, że od początku miała na myśli Victora Frankla.  Zagadka miała, oczywiście, rozpętać grę skojarzeń i naprowadzić Pana Heretyka na Zygmunta Freuda. Ale chodziło o Victora Frankla. Victor Frankl, znany ze swojej koncepcji terapii sensem, był dla młodej pani psycholog prawdziwym guru. Zmarł w opinii mądrości w wieku 92 lat. Trzy lata z tych 92 przeżył w obozie koncentracyjnym. Przed wywiezieniem do Auschwitz udało mu się załatwić sobie wizę do Ameryki. Był wtedy młodym, obiecującym lekarzem. Miał żonę i dziecko - gotowy rękopis książki. Swojej przepustki do świata bez komór gazowych, ze względu na czwarte przykazanie, nie odebrał.

- [T] Jego najsłynniejszy tekst to oczywiście "Człowiek w poszukiwaniu sensu". Ale "Homo patiens" robi nawet większe wrażenie! Posłuchaj tego.  

"Mówiliśmy już o kimś, kto w obozie koncentracyjnym utracił rękopis swej książki. Z początku nie mógł pogodzić się z myślą, że umrze, zanim zdoła książkę swą wydać. [...] Ale cóż uczynił ten konkretny człowiek w tej konkretnej sytuacji? Zapewne zapytał siebie: co by to było za życie, którego sens zależałby tylko od napisania i wydania książki?"

Tym "kimś w obozie" był sam Victor.

- [A] Wszystko pięknie. Ale, co by nie mówić, on swoją książkę w końcu wydał. Wiesz, nie każdemu udaje się wydać książkę przed śmiercią.
- [T] Stąd sprzeciw Frankla wobec koncepcji antropologicznych typu "homo faber" czy "homo sapiens". Jego propozycja to "homo patiens", człowiek cierpiący. Nie praca, nie myślenie, ale właśnie cierpienie robi z człowieka prawdziwego człowieka.
- [A] Jeden filozof umierał na raka i napisał "nie uszlachetnia".
- [T] Tu chodzi o postawę. O postawę wobec tego, czego zmienić nie mogę. Nie szukam cierpienia. Nie uciekam od niego. Ja nadaję mu sens. Jestem w obozie. Tu z definicji nic nie ma sensu. Ale mogę przepisywać w swojej głowie rękopis, który mi skradziono. Mogę prowadzić rozmowy z ukochaną osobą. Przecież łączy nas coś, co jest ponad śmiercią. Mogę się załamać,  odmówić opuszczenia baraku, wypalić ostatniego zachowanego w tajemnicy papierosa i następnego dnia umrzeć na tyfus. Mogę rzucić się na druty. Mogę też nadać temu wszystkiemu sens, czyli logos. A wtedy może okaże się, że dzięki temu logosowi uda mi się przetrwać i wydać książkę. Nie zapominaj, że Victor był lekarzem. Celem lekarza, w każdych warunkach, jest zdrowie.
- [A] Czytasz to ze ściągi?
- [T] Jakiej ściągi?
- [A] Tej na twojej dłoni.
- [T] To nie ściąga. To tatuaż.
- [A] Poważnie?
- [T] Jak najbardziej. To cytat z Frankla. "Pati aude", znaczy "odważ się cierpieć".
- [A] Czy katolikom wolno tatuować sobie na rękach sentencje cadyków?
- [T] My body, my choice!

środa, 27 grudnia 2017

14. Statystyka

- [D] Kawa dla prolifera!

Pogoda w żaden sposób nie zachęcała do opuszczania mieszkania. W tym kraju pogoda jesienna zwykle nie zachęca do opuszczania mieszkania. Nie zrozumcie mnie źle. Pan Heretyk bardzo lubił jesień. Może nawet bardziej niż wiosnę czy jakieś tam lato. Lubił nawet włóczyć się jesienią po mieście. Ale umówmy się. Piątkowe popołudnie na początku listopada to nie jest najlepszy termin na dwugodzinne stanie na ulicy. Włóczenie się może nie ma większego sensu z punktu widzenia wszechświata, ale to zawsze jakiś ruch, jakiś dynamizm. A takie stanie w jednym miejscu?

Trzeba być chyba Świadkiem Jehowy. 

- [A] To wasz nowy pomysł? Co dziesiąta osoba, która podpisze się na karcie, dostaje kawę gratis?
- [F] Odwrotnie. To osoby podpisujące się przynoszą kawę osobom odpowiedzialnym za zbieranie. 
- [D] Sprawa wygląda tak, że jakiś gość przyszedł i przyniósł kawę dla każdego wolontariusza. Że niby nam dziękuje, bo takie z nas odważne dzieciaki i tak dalej.
- [A] Rozumiem. Dzień Solidarności z Osobami Odprawiającymi Publiczną Pokutę za Grzech Aborcji i Nie Tylko za Ten. 
- [F] Im dłużej bawisz się w cynika, tym zimniejsza robi się twoja kawa. 
- [A] Moja? Przecież ja nawet nie podpisałem waszego projektu. O zbieraniu podpisów nie wspominając.
- [D] Tak naprawdę to jest kawa Tiny. Ale Tina nie pije kawy w piątki. 
- [A] Nie wiedziałem, że kawa należy do pokarmów mięsnych.
- [F] A ja nie wiedziałam, że lubisz zimną kawę. Bierz! 

Mieli wszystko. Dwa składane stoliki, megafon ze stojakiem, odtwarzacz z nagraniem,  długopisy i oczywiście zestaw kart na specjalnych podkładkach, wraz z wydrukowanym tekstem projektu. Mieli nawet plastikowe teczki na karty już wypełnione. Mieli kawę. 

Pan Heretyk zwrócił uwagę na brak plakatu, przedstawiającego ofiary aborcji. Pan Heretyk myślał, że plakaty przedstawiające ofiary aborcji to ważny element pikiet organizowanych przez obrońców życia. Dawid wyjaśnił mu, że nie jest to element obowiązkowy. Wręcz przeciwnie - część organizacji pro-life głośno sprzeciwia się wykorzystywaniu podobnych obrazów, a nawet zakazuje ich prezentowania podczas wydarzeń i uroczystości ogólnoproliferskich. Jeśli chodzi o Dawida, osobiście był za korzystaniem z podobnych pomocy naukowych podczas pikiet, jednak nie należał do tych, którzy w drastycznych zdjęciach widzieli jedyny sposób na zwycięstwo w tej grze. 

Kawa to zawsze kusząca propozycja dla heretyka. Nawet w piątkowe popołudnie na początku listopada. Ale trzeba uważać. Z takiej bzdurki jak darmowa kawa może się zrobić dłuższa chwila. Nawet godzina. Jak się człowiek nie pilnuje, to potem można usłyszeć od kolegi propozycję włożenia kamizelki wolontariusza. Taka kamizelka zwykle charakteryzuje się jakimś jaskrawym kolorem i jakimś śmiesznym hasłem albo logo. Każdy, kto stoi na zbiórce podpisów dłużej niż pięć minut, ma prawo do otrzymania, a nawet założenia takiej kamizelki. Nawet heretyk, który przyszedł tylko na kawę.   

Mimo wszystko, warto poświęcić godzinkę dla takiej sprawy, jak darmowa kawa. Po pierwsze, to czysta oszczędność dla kogoś, kto jest od kofeiny uzależniony. Na marginesie, w grupie heretyków odnotowujemy szczególnie wysoki odsetek uzależnienia od kofeiny. Według najnowszych badań, jest to związane z tak zwanym kawiarnianym stylem życia, charakterystycznym dla heretyków mieszkających w miastach. Statystyczny heretyk w ciągu życia spędza w kawiarni o połowę więcej czasu niż we własnym mieszkaniu. Ponad 75% badanych wymienia kawiarnię jako idealne miejsce do pracy, a prawie 80% zabrałoby swoją partnerkę do kawiarni na randkę. 

Po drugie, podczas takiego picia darmowej kawy można poczynić interesujące obserwacje. Można na przykład zaobserwować reakcje przeciwników obrony życia na zbiórkę podpisów pro-life. Najmłodsi ograniczają się do feministycznych haseł, rzucanych niby to mimochodem podczas mijania pikiety. Śmieją się z własnych słów – tak, jak śmieje się ktoś, komu udał się dobry kawał - a jednocześnie nie patrzą w stronę zbierających, unikają konfrontacji. Starsi, na poziomie studiów wyższych, podejmują już próby merytorycznej dyskusji. Propozycja uczciwej walki na argumenty wychodzi zwykle ze strony młodych dorosłych, będących w trakcie studiów medycznych. Osoby w wieku 26-35 lat najczęściej skarżą się na negatywny wpływ publicznej działalności pro-life na psychikę małych dzieci, a także na hałas spowodowany przez megafon. Prawdziwą zaciekłość w zwalczaniu pro-liferów wykazują jednak dopiero dojrzali przeciwnicy obrony życia, w wieku 55-75 lat. Jednocześnie ich wypowiedzi można zaliczyć do tych najmniej merytorycznych. Zwolennicy opcji pro-choice z tej grupy wiekowej często twierdzą, że wolontariusze są niepełnoletni i zostali przymuszeni do takiej działalności przez księży oraz przez sprzymierzonych z księżmi prawicowych polityków. Feministki po czterdziestce mają szczególnie emocjonalny stosunek do omawianego tematu – często podchodzą do stolika proliferów tylko po to, by powiedzieć wolontariuszom, że powinni się wstydzić. 

Oczywiście, wśród przechodniów są jeszcze obrońcy życia. Tacy, którzy oferują kawę. Tacy, którzy dziękują.  Tacy, którzy w rubryce adres wpisują "bezdomny". Nawet tacy, którzy nie mogą podpisywać obywatelskich projektów z powodu zbyt młodego wieku albo braku obywatelstwa. Podchodzą z dziećmi, z psami, z zakupami. Albo podchodzą, żeby wyznać, że sami nie mogą mieć dzieci. Podchodzą studenci - tacy, którzy mieli dobrych profesorów, oraz tacy, którzy z zasady nie ufają profesorom. Podchodzą też osoby dojrzałe. Niektórzy z nich proszą, by pomóc im w spisywaniu danych z dokumentu tożsamości. Dla innych pewnie przyjęcie takiej pomocy byłoby moralną klęską. Jak to tak, przed młodymi dziada z siebie robić? Poza tym, gówniarze muszą wiedzieć, że nie można sobie ot tak grzebać w dokumentach starszych. Samodzielnym być trzeba. Zrobić sobie specjalną kartkę z tymi wszystkimi cholernymi numerkami, których za Chiny konfucjańskie nie da się odczytać z tych przeklętych kartoniczków. I po kłopocie! Oczywiście, ci młodzi ludzie przy stoliczkach to samo złoto i diamenty. Chyba, że stoją przy niewłaściwych stoliczkach. Trzeba uważać. Lewactwo też może mieć swoje stoliczki. W każdym razie, zasady to zasady. Raz człowiek odpuści i już robią z nim wywiad. Do materiału poświęconego ofiarom "mafii wnuczkowej".

Poświęćmy moment tym przechodniom, którzy nie mają obywatelstwa. Według Pana Heretyka, tacy Zagraniczni są najciekawsi. Ci Krajowi zdążyli się przyzwyczaić. Nawet do plakatów. Nie znaczy to, że nie ma już emocji. Emocje są, zawsze te same. Ale do wszystkiego można się przyzwyczaić. Nawet do emocji. Dla Zagranicznych sprzeciw wobec aborcji, a szczególnie taki wyrażany publicznie, to najczęściej zupełna nowość. Za Granicą nikt już przecież takich rzeczy nie robi. Krajowi, bez względu na to, czy są pro-life, czy też pro-choice, zwykle nie mają zbyt dużo czasu na rozmowę przy stoliku. Zagraniczni, bez względu na to, czy są pro-life, czy też pro-choice, nie odchodzą od stolika tak szybko. Chcą Rozmowy. Twierdzą, że Za Granicą dość rzadko mają okazję do Rozmowy tego rodzaju. Nie znaczy to, że Za Granicą nie ma już aborcji. Aborcja jest. Tym, czego nie ma, jest Dyskusja. Za Granicą nie-dyskutuje-się o Takich Sprawach. W każdym razie istnieją ludzie Zagraniczni, którzy trwają w przekonaniu, że Za Granicą nie-dyskutuje-się o Takich Sprawach. 

Przekonanie to nie zawsze znajduje potwierdzenie w faktach. Dawid wyjaśnił Panu Heretykowi, że zdjęcia, które Krajowi proliferzy mają na swoich plakatach, przedstawiają te same dzieci, które znajdują się na plakatach pro-liferów działających Za Granicą. Zdjęcia były robione Za Granicą. Idea plakatów narodziła się Za Granicą. Nie jest więc prawdą, że Za Granicą nie-ma-dyskusji. Są za to osoby, które chciałyby, żeby nie-było-dyskusji. Zarówno Za Granicą, jak i W Kraju. Za Granicą sytuacja jest taka, że sprawianie wrażenia, że nie-ma-dyskusji, jest stosunkowo łatwe. Za Granicą media-i-uczelnie nauczyły się już, że nie-ma-dyskusji. Nie ma więc znaczenia, czy między ludźmi Za Granicą trwa Dyskusja na temat aborcji, czy też nie. Ważne, że Za Granicą w-mediach-i-na-uczelniach sytuacja jest taka, że nie-ma-dyskusji. To wystarczy, żeby nie-było-dyskusji Za Granicą. Natomiast sytuacja W Kraju jest znacznie trudniejsza. Sytuacja przedstawia się tak, że media-i-uczelnie W Kraju nie potrafią się zdecydować, który scenariusz bardziej im się opłaca. Być może ten, w którym nie-ma-dyskusji. Być może ten, w którym dyskusja-trwa-w-najlepsze. Sprawa nie jest rozstrzygnięta. Z tego właśnie powodu sytuacja W Kraju  jest trudniejsza.

Wnioski nasuwają się same. 
Heretycy mieszkający Za Granicą mają znacznie mniejsze szanse na darmową kawę. 

niedziela, 22 października 2017

13. Kłamstwo


 Wojna rozpoczęta.

Dudnienie głośnika dało się wyczuć o wiele wcześniej, niż możliwe było rozpoznanie słów lektora. Dzięki temu przechodnie mogli w porę zorientować się, że coś się kroi. Parę metrów dalej ktoś pikietuje. Ktoś będzie nas zaczepiał. Ktoś będzie nas przekonywał. Ktoś będzie prosił o podpis. Chyba, że zmienimy trasę. 

Jeśli jesteś za edukacją seksualną w szkole, podpisz.
Jeśli jesteś za zdrowiem kobiet, podpisz.

- Pani wybaczy, ale ja już zbieram podpisy. Pod projektem "Ratujmy Nienarodzonych". Miłego dnia!

Pan Heretyk do dziś zastanawia się, dlaczego okłamał wtedy Panią Feministkę. Nie miał w tym żadnego interesu. Tak, to prawda, chciał zbyć dziewczynę byle czym. Ale nie musiał od razu deklarować swojego stanowiska w sprawie aborcji. Pan Heretyk miał różne sposoby na zbywanie natrętów. Nie musiał akurat podawać się za przedstawiciela odmiennej opcji światopoglądowej. Mógł powiedzieć cokolwiek. 

Jako przyszły lekarz sprzeciwiam się podnoszeniu poziomu zdrowia obywateli obojga płci, gdyż wiązałoby się to z utratą pacjentów. 

Wie pani, moja była jest edukatorką seksualną. Przez cały czas zdradzała mnie z moim najlepszym kumplem. Odkąd zerwaliśmy ze sobą, nie może znaleźć pracy. Bardzo dobrze! Niech sobie dalej szuka, głupia szmata! 

Naprawdę, cokolwiek. 

A jednak wybrał taką, nie inną strategię. Powiedział, że nie podpisze się pod projektem pro-choice, bo sam zbiera podpisy pod projektem pro-life. Czemu? Można by to wyjaśnić wrodzoną skłonnością do przekomarzania się. Pan Heretyk wprost uwielbiał zabawę w adwokata diabła. Zasady tej zabawy są banalnie proste. Rozmówca ślepo wierzy w jakąś ideę. Twoim zadaniem jest udawanie, że całym sercem opowiadasz się po stronie przeciwnej. Proste zasady, przednia zabawa. Tak, Pan Heretyk lubił się przekomarzać. Ale tym razem to było coś innego. Mógł udawać przed Panią Feministką, ale nie przed samym sobą. Faktycznie, nie zbierał żadnych podpisów. Obawiał się jednak, że akurat w tej sprawie jego serce mogło nie być aż tak neutralne, żeby to kłamstwo  można było uznać za kłamstwo czyste, pozbawione prawdy. 

Nie zbierał podpisów pod żadnym projektem antyaborcyjnym.  

Ale czy nie kibicował takiemu projektowi?
Czy nie interesował się takim projektem w sposób wskazujący na chęć udzielenia poparcia?
Czy nie wyszukiwał informacji o takim projekcie w internecie?
Czy nie myślał pozytywnie o osobach zbierających podpisy pod takim projektem?
Czy nie miał myśli negatywnych o osobach zbierających podpisy pod projektem przeciwnym?

Czy kłamiąc, można niechcący powiedzieć prawdę? 

- [F] Z takiego kłamstwa bardzo łatwo zrobić prawdę. Kartę możesz sobie wydrukować w każdej chwili z internetu.
- [A] Jaką kartę?
- [F] Do zbierania podpisów, a niby jaką?
- [A] Myślałem, że już to sobie wyjaśniliśmy.  
- [D] Niby co?
- [A] Zacznijmy od tego, że ja sam jeszcze nie podpisałem żadnego projektu. To chyba trochę głupio, tak prosić ludzi o podpisy pod czymś, czego człowiek sam nie podpisał?
- [D] Trzeba było tak od razu! Akurat brakuje mi jednego nazwiska do pełnej karty.

Dawid miał w plecaku dwie teczki. Do jednej chował karty z pełną ilością podpisów. Do drugiej karty puste albo niewypełnione do końca. Jedną z takich niedokończonych kart podstawił Panu Heretykowi pod nos. Wraz z długopisem.

- [S] Daj facetowi spokój. Będzie chciał, podpisze się. Przynajmniej olał feministki. 
- [D] Miło, że nie podpisał tamtym, ale to tylko połowa sukcesu. Jak będziemy tak każdemu odpuszczać, to nawet tego minimum stu tysięcy nie wyrobimy. 
- [A] Tylko czy zaczepianie heretyków w ogóle wam się opłaca? Nie lepiej przejść się po klasztorach? Regulamin akcji nie przewiduje dodatkowych punktów za podpis od osoby konsekrowanej i znajdującej się w stanie Łaski uświęcającej?
[F] Niestety, żadnych "punktów ekstra". Demokracja, sam rozumiesz. Poza tym, o poparcie osób konsekrowanych zabiegać nie trzeba. Same się podpiszą. 
- [D] Właśnie. Sztuka polega na tym, żeby zdobyć głosy heretyków. Tych, którzy normalnie głosowaliby odwrotnie albo w ogóle nie zainteresowaliby się tematem. To jak będzie?

Pan Heretyk uświadomił sobie, że sprawa jest poważna. 

Tu chodziło o niego. 
O Pana Heretyka.
O jego własne suppositum humanum.

Suppositum humanum to nic innego, jak podmiotowość w sensie metafizycznym. 

Oczywiście. 

Historia zna jednego papieża, który w młodości chciał zostać aktorem, a gdy młodość się skończyła - filozofem. Ostatecznie został papieżem. Nie zrozumcie mnie źle. Papieżem był całkiem dobrym. Można powiedzieć, wybitnym. Został nawet świętym. Nie każdemu papieżowi udaje się tak zostać świętym. W każdym razie, dzisiaj każde dziecko i każda babcia kojarzy, że był taki papież. O jego aktorstwie mało kto pamięta, a o jego filozofii - prawie nikt. Praktycznie to kilku księży-profesorów na uniwersytetach katolickich i tyle. A nawet między nimi mówi się, że papieskie książki filozoficzne to dobra lektura na pobyt w czyśćcu. 
Papież ten mówił, że człowiek jest złożony z esse, czyli że istnieje, a także z operari, czyli że robi różne rzeczy. Operari to jest wszystko to, co człowiek sam zdziała (z własnej woli), a także to, co w człowieku samo "się dzieje" (bez jego woli). To, co człowiek zdziała świadomie i dobrowolnie, nazywamy czynem. Papież mówił, że czyny są bardzo ważne. To, że człowiek jest osobą, to ma już w swoim suppositum w chwili poczęcia. Z drugiej strony, to od czynów zależy, jaką osobą się staje. Po czynach można poznać, czy człowiek posiada samego siebie, czy nad samym sobą panuje i czy zbliża się do swojej pełni. 

- [A] Przypomnij mi jeszcze raz, o co chodzi w tym waszym rabanie. 
 - [D] Zbieramy podpisy przeciwko zabijaniu dzieci chorych. 


- [A] A co z resztą? Można zabijać? 
- [D] Jasne, że nie. Ale zauważ. Jeśli chodzi o takie zwyczajne, normalne dziecko, to każdy się zgadza, że zabijać nie wolno. 
- [S] Chyba, że jest feminazistką. Feminazistki chcą wprowadzić prawo, zezwalające na zabijanie dzieciaków do dwunastego tygodnia od poczęcia. Wszystkich dzieciaków, zwyczajnych i niezwyczajnych. 
- [D] Chcieć sobie mogą. Na razie w naszym kraju wolno zabijać tylko dwa rodzaje dzieci - dzieci chore i dzieci gwałcicieli. Jeśli chodzi o dzieci gwałcicieli, to dość rzadko zdarza się, żeby ktoś zgłaszał takie dziecko do "zlikwidowania". To tylko kilka przypadków w ciągu roku - a czasem nie ma nawet jednego. Może dlatego, że dzieci z gwałtu jest niewiele, a może dlatego, że ofiary gwałtów nie są chętne do pozbywania się tych maluchów, nie w ten sposób. W każdym razie, ofiary legalnej aborcji to głównie dzieciaki z podejrzeniem wady genetycznej. Rok temu zginęło w ten sposób tysiąc maluchów.
- [S] No i potem nikt nie sprawdza, ile z nich rzeczywiście miało jakąś wadę.
  
- [D] Wiesz, nie mówię, że dzieci gwałcicieli można zabijać, bo jest ich mniej czy coś. Nie wszystko da się załatwić od razu. Jeśli dojdzie do zakazu zabijania niepełnosprawnych, to będzie początek końca zabijania w ogóle.
- [A] Czyli kolejny projekt będzie dotyczył dzieci gwałcicieli?
- [S] O ile ten pierwszy przejdzie. 

- [A] A jeśli dziecko zagraża matce?
- [F] Chciałeś chyba powiedzieć - gdy ciąża ma przebieg patologiczny, tak że matka znajduje się w stanie bliskim śmierci. Dzieci na tym etapie nikomu nie grożą i nikomu nie zagrażają. Już prędzej to świat zagraża im swoim zanieczyszczeniem, promieniowaniem, wirusami, bakteriami i tak dalej. 
- [A] Ale niektóre niewiniątka tak się układają w brzuchu mamusi, że trzeba je usunąć, zanim mamusia umrze.
- [F] Takie przypadki zdarzają się niezwykle rzadko. W sumie, jeśli tylko dziecko nie rozwija się w jajniku, można próbować ratować oboje. Dzisiaj matkami zostają kobiety z naprawdę ciężkimi schorzeniami, nawet z chorobą nowotworową. 

- [A] A co z dziećmi "jajnikowymi"? Można zabijać?
- [F] Jeśli dziecko trafi do jajnika, oznacza to dla niego pewną śmierć. Tam jest zbyt ciasno, mówiąc obrazowo. Od początku wiadomo, że jajnik pęknie, a dziecko tego pęknięcia nie przeżyje. Po czymś takim będzie można już tylko myśleć o ratowaniu matki - a trzeba liczyć się z ryzykiem, że jej także nie będzie można już pomóc, jeśli będziemy czekać z operacją aż do śmierci dziecka i do krwotoku wewnętrznego. Dzisiaj lekarz może tylko zastanawiać się, który moment będzie najlepszy na usunięcie jajnika, a razem z nim dziecka. 

- [A] Przecież to je zabije.
- [F] Tak, dziecko umrze. Ale to nie będzie zabójstwo. Zabójstwo polega na tym, że świadome działanie jednego odbiera życie drugiemu. Gdyby nie działanie tego pierwszego, ten drugi żyłby dłużej i umarłby kiedy indziej, jakimś innym rodzajem śmierci. Tutaj jest tak, że cokolwiek zrobimy, jajnik ulegnie zniszczeniu. Stanie się to albo w ciele matki, albo poza jej organizmem. Dla dziecka nie ma to żadnego znaczenia. Z jego punktu widzenia istotne jest to, że cokolwiek zrobią osoby dorosłe, ten jajnik w końcu go zabije - albo w ciele matki, albo poza ciałem matki. Nie ma opcji, że dziecko umrze kiedy indziej albo inaczej. Nasze działanie nie może mu ani zaszkodzić, ani pomóc.
 - [S] Generalnie, lekarz ma być nastawiony na ratowanie obojga. Jeśli jednak wiadomo, że jajnik jest stracony, a dziecka w żaden sposób nie można uratować przed konsekwencjami utraty jajnika, z dwóch pacjentów do uratowania pozostaje jeden. Miejmy nadzieję, że kiedyś nauczymy się przenosić bezpiecznie zarodki, które już zdążyły się zagnieździć w takim mało bezpiecznym miejscu. Gdy się tego nauczymy, obowiązkiem lekarza stojącego przed takim przypadkiem będzie przeprowadzenie zabiegu dającego szansę na uratowanie obojga, nawet gdyby zabieg ten był trudniejszy niż usunięcie jajnika. Na ten moment nie umiemy robić takich rzeczy. 

- [D] Okej, dobra. Pogadać zawsze można, ale wróćmy do interesów. W naszym projekcie nie ma ani słowa o takich przypadkach. Nam chodzi o dzieci chore. Dzieci chore nikomu nie zagrażają. Im na pewno możemy pomóc, jeśli podejmiemy się opieki nad nimi, albo zaszkodzić, jeśli zrobimy coś zagrażającego ich zdrowiu i życiu. O takie dzieci nam chodzi. Podpisujesz? 

Dawid może był idealistą, ale uporu mu nie brakowało. 

- [A] Zagrażającego ich zdrowiu? Przecież one nie mają czegoś takiego jak zdrowie. 
- [D] Często zdarza się, że lekarz podejmuje się aborcji na dziecku w wieku na granicy wcześniactwa, w sensie około dwudziestego czwartego tygodnia. Dziecko musi być już w miarę rozwinięte, żeby można było przeprowadzić badania pod kątem wad genetycznych. Najpierw USG, potem amniopunkcja, potem czeka się na wyniki, a na końcu te wyniki trzeba skonsultować z lekarzem. W tym czasie dziecko rośnie i rośnie. W praktyce, aborcja eugeniczna dotyczy głównie dzieci w wieku kilkunastu lub dwudziestu paru tygodni od poczęcia. Dzieciaki  między dwudziestym drugim a dwudziestym piątym tygodniem, nie mówiąc o starszych, potrafią przeżyć własną aborcję - nawet te z zespołami genetycznymi. Oczywiście, przeżycie własnej aborcji oznacza, że do już istniejącej wady (o ile jakaś była) dochodzi wcześniactwo, czyli dziecko przychodzi na świat w gorszym stanie, niż gdyby dorośli pozwolili mu urodzić się później. Takie dziecko po własnej aborcji zwykle też szybko umiera - lekarze albo takich dzieci nie ratują, albo nie umieją ich już uratować. Gdyby urodziło się o czasie i miało odpowiednią opiekę, może i byłoby chore, ale byłoby zdrowsze i żyłoby dłużej. 

- [A] Chcesz powiedzieć, że zawsze może być gorzej.
- [D] A lekarz ma po pierwsze nie szkodzić.

Pan Heretyk zastanawiał się, skąd jego nowi znajomi brali te wszystkie argumenty. Domyślał się, że ktoś musiał ich wyszkolić. To nie było nic w stylu "ksiądz zabronił" albo "trzeba było myśleć, zanim się komuś wlazło do łóżka". Miało to ręce, nogi, a nawet głowę. Nie było też w tym wszystkim ani słowa o Panu Jezusie. Są ludzie, którzy źle reagują na samo wspomnienie Pana Jezusa i od razu przestają słuchać. Panu Heretykowi przeszła przez głowę myśl, że jeśli to faktycznie tak wygląda, to lekarze sami powinni wiedzieć, co trzeba robić. Samo opanowanie materiału z embriologii i neonatologii, bez żadnych ustaw państwowych czy dokumentów kościelnych, powinno skutkować odrzuceniem aborcji. Przynajmniej przez środowisko medyczne. 

Na świecie nie zawsze jest tak, jak być powinno. 

wtorek, 22 sierpnia 2017

12. Not One But Two

[A] Augustyn
[T] Tina
[G] Gracja 

- [T] Jedziemy tam, gdzie myślę, że jedziemy?
- [G] Gdzie to jest tam, gdzie mama myśli, że jedziemy? 

Przyjaciółka Pana Heretyka nie mogła się z nim umówić na pierwszego listopada. Pierwszego listopada zawsze jeździła z córką i teściami (jak ich nazywała) na grób Alana. Odbywała taką podróż w każdy trzeci weekend miesiąca, a ponadto w dniu Wszystkich Świętych. Sześć godzin samochodem.

Mała Tina wychowywała się u dziadków. Najgorszych mugoli pod słońcem. Gdy miała jedenaście lat, najgorsi mugole postanowili przeprowadzić się na drugi koniec kraju i zabrać ją ze sobą. Z jej starego domu do nowego było siedem godzin samochodem.

W piątym roku po przeprowadzce poznała Alana. Chłopak zostawił swoich rodziców zaraz po osiągnięciu pełnoletności. Przez jakiś czas szukał swojego miejsca, aż w końcu trafił do rodzinnej miejscowości swojej matki. W miejscowości tej był cmentarz, na którym spoczywało wielu jego krewnych. Miał tutaj jednego wujka. Całkiem żywego wujka. Z domem, żoną i dwiema córkami. Alan zawsze miał dobry kontakt ze swoim wujkiem. Wujek był na tyle rockowy, by zrozumieć jego zbuntowane serce, ale też na tyle ogarnięty, by wyciągnąć go z kłopotów w razie potrzeby. Bez problemu zgodził się zatrudnić ulubionego siostrzeńca w swoim sklepie z muzycznymi gadżetami. To właśnie rockowy wujek zawiadomił rodziców chłopaka o jego śmierci. Na niego również spadł obowiązek dbania o jego grób, gdy zdecydowano, że przewożenie ciała bliżej miejsca zamieszkania mamy i taty nie ma sensu. Przecież mieli już na tym cmentarzu wielu krewnych. Rockowy wujek z radością przyjmował weekendowe wizyty swojej siostry, jej męża, wnuczki i synowej.

Z domu rodziców Alana do domu rockowego wujka było sześć godzin samochodem. 

- [A] Tak. Dokładnie tam jedziemy.
- [T] Myślałam, że już nie utrzymujesz kontaktów ze swoją matką.
- [A] Bo nie utrzymuję.
- [T] Po co w takim razie tam jedziemy?
- [G] Gdzie to jest tam, gdzie jedziemy?
- [A] Jaki mamy dzisiaj dzień?
- [G] Zaduszki.
- [A] A gdzie się jeździ w Zaduszki?
Pytanie retoryczne.

Przed przeprowadzką na drugi koniec kraju Tina mieszkała w pewnej małej mieścinie, oddalonej zaledwie godzinę jazdy samochodem od najbliższego wielkiego miasta. W tej samej wsi wychowywał się mały Augustyn. Zanim mały Augustyn zaistniał jako zapłodniona komórka jajowa, jego tata zdecydował, że zainwestuje w dom. Nie żadne tam mieszkanie w hałaśliwym centrum, ale najprawdziwszy dom, dom otoczony lasem, na samym końcu wiejskiej (i tak stromej, że prawie górskiej) drogi. Dom piętrowy, bez smogu, bez świateł ulicznych, bez sąsiadów. Najprawdziwszy dom. Jak już zakładać rodzinę, to zakładać.

Wiadomo, że w Zaduszki odwiedza się grobowce.

Tata małego Augustyna nie martwił się tym, jak będzie wyglądała codzienna droga do szkoły jego przyszłych dzieci. W tamtym czasie w tamtej okolicy autobus jeździł raz na dwie godziny. Z domu, w który zainwestował tata małego Augustyna, do najbliższego przystanku szło się  dwadzieścia minut. Dwadzieścia minut wiejską, prawie górską drogą. Zimą na dojście trzeba było sobie policzyć pół godziny. Tata małego Augustyna wcale się tym nie martwił. Miał przecież samochód. Dzieci można będzie dowozić samochodem. Jego dzieci nigdy nie będą musiały martwić się autobusem. Zresztą, przecież nie będą chodzić do jakiejś byle budy na jakimś zadupiu. Jego dzieci będą jeździły codziennie z ojcem do najbliższego wielkiego miasta. On do pracy, one do porządnej szkoły. 

Godzina jazdy samochodem. 

- [T] Ale... kurcze, nawet nie wiem, jak o to zapytać.
- [A] Wprawdzie zdania pytające nie są zdaniami w sensie logiki, ale z punktu widzenia pragmatyki to całkiem dopuszczalna i wygodna forma komunikacji.
- [T] Twoja mama... ona wciąż żyje, prawda?

Tego najbardziej się obawiał.
Pan Heretyk od lat nie miał żadnych wieści od swojej matki. Nie wiedział nawet, czy ojciec przesłał jej jakiekolwiek pieniądze od czasu, gdy syn dołączył do niego w wielkim mieście. Od swojej ucieczki nie był w tej mieścinie ani razu. Skąd miał wiedzieć, jakie nowy groby pojawiły się w tym czasie na lokalnym cmentarzu?

Grób, który go interesował, znajdował się w jednej ze środkowych alejek, tuż przy ogrodzeniu z lewej strony od bramy wejściowej. Grób ten liczył sobie już osiemnaście lat. Był zadbany, ale bardzo skromny. Żadnych marmurów, pomników, tabliczek. Kilka desek, krzyż i jakieś roślinki. To wszystko.

- [T] Kim... kim było to dziecko?

Przyjaciółka Heretyka dobrze pamiętała, co znajdowało się w tej części cmentarza. Była to strefa specjalna. Strefa dla dzieci. Na pierwszy rzut oka wyglądało to jak mały ogródek, z grządkami kwiatowymi i jakimiś skrzyneczkami. Prawdziwy grób powinien mieć odpowiednie wymiary. Grób wielkości pudła na owoce z supermarketu to jak nie grób.

Przyjaciółka Heretyka wyglądała na zdziwioną, gdy ten skręcił w alejkę dziecięcą i tam się zatrzymał. Pamiętała, co znajdowało się w tej części cmentarza, ale nie pamiętała pogrzebu żadnego dziecka z tej wsi, które byłoby w jakikolwiek sposób związane z Panem Heretykiem albo z nią samą. Pamiętała jedną szczególnie przerażającą historię, która zdarzyła się w jednej z tutejszych rodzin. W tej rodzinie były dwie dziewczynki, czteroletnia i dwuletnia. Któregoś wieczoru czterolatka wpadła na pomysł, że wykąpie swoją siostrę, jak mama. Wiedziała, że trzeba odkręcić kurek z wodą, a następnie poczekać, aż wanna będzie pełna. Zapomniała tylko o jednym - o sprawdzeniu temperatury. Dwulatka od razu trafiła do szpitala, ale oparzenia były zbyt rozległe. Przyjaciółka Heretyka znała tę historię. Starsza z sióstr chodziła z nimi do tej samej szkoły, dwie klasy wyżej. Wiedziała, że gdyby nie tamten wypadek, liczba dziewczynek w ich grupie byłaby parzysta. W dzieciństwie często wyobrażała sobie, jakby to było, gdyby tamta kąpiel nigdy się nie wydarzyła. Liczba dziewczynek byłaby parzysta i nie musiałaby zostawać bez pary na wycieczkach i na lekcjach gimnastyki. Zastanawiała się, czy w takiej sytuacji siedziałaby w ławce z tamtą dziewczynką, której nie było. Może jej przyjaźń z małym Augustynem okazałaby się na tyle silna, że mimo wszystko wybrałaby wspólną ławkę z chłopcem?

Każdy znał tę historię. Tina wiedziała jednak, że młodszą z sióstr pochowano w grobie rodzinnym, a nie w alejce dzieci. Heretykowi musiało więc chodzić o inne dziecko. A żadnego innego dziecka nie mogła sobie przypomnieć. 

-  [A] To był mój brat.
- [G] Miałeś brata?
- [A] Tak. Przez dziewięć miesięcy i pięć tygodni. Gdy został poczęty, miałem pięć lat. Kiedy zmarł, miałem już sześć lat. 
- [T] Nigdy mi o tym nie mówiłeś. To było w tym samym czasie, kiedy twój tata od was odszedł?
- [A] Dokładnie tak. 
- [T] Jego odejście... miało coś wspólnego ze śmiercią twojego brata?
- [A] Oficjalna wersja zawsze była taka, że odszedł, bo matka zaczęła świrować. Rozumiesz, że niby taki oświecony racjonalista, co to już nie chciał dłużej żyć ze zwariowaną dewotką. Tomek urodził się zdrowy, zmarł podczas snu z niewiadomych przyczyn. Chora dewotka nie mogła pogodzić się ze śmiercią synka, a oświecony racjonalista nie mógł znieść chorej dewotki. No to odszedł. Oto oficjalna wersja. 
- [T] Jaka jest... wersja nieoficjalna?
- [A] A taka, że Tomek urodził się z wadą genetyczną.
- [G] Twój brat miał na imię Tomek?
- [A] Tak. Mój brat miał na imię Tomek. W czasie ciąży lekarz zalecił mojej mamie dodatkowe badania. Podczas standardowych badań wyszło mu, że z dzieciakiem jest coś nie tak. Podejrzewał, że chłopak może mieć gdzieś dodatkowe chromosomy albo inne niespodzianki. No to zlecił dodatkowe. Mama uznała, że żadnych dodatkowych robić nie będzie. Nie chciała się denerwować na zapas. Wolała nie mówić o tym z nikim. Nawet ojcu wolała nie mówić zbyt wiele. Starała się chyba przekonać samą siebie, że to fałszywy alarm.  Przecież ja urodziłem się zdrowy. Czyli drugie dziecko też na pewno będzie zdrowe. 
- [G] Ale nie było zdrowe?
- [A] Nie. Miało trisomię. Tylko wiesz. Nie taką trisomię, z którą się żyje. Zresztą, taka to jest chyba tylko jedna - trisomia 21 chromosomu, czyli zespół Downa. Inne trisomie to są takie, że z nimi raczej nie można żyć. Z takich innych trisomii, to najbardziej znane są dwie - trisomia 18, czyli zespół Edwardsa, oraz trisomia 13, czyli zespół Pataua. Tomek miał właśnie zespół Pataua.

Za dużo tego, prawda?

Czytelnik z pewnością stwierdzi w tym momencie, że tego już za dużo. Najpierw jakieś historie z maluchami, które wpadły do wanny z prawie wrzącą wodą, a teraz zespół Pataua. Przecież tylko jedno na dziesięć tysięcy żywo urodzonych dzieci ma taki zespół! Poparzenia i wypadki jeszcze można znieść. Tak już bywa z maluchami. Ale dodatkowy chromosom przy trzynastej parze chromosomów? To już za dużo.

Tata nie był przygotowany na coś takiego. Miał mamie za złe, że nie zrobiła tych wszystkich testów. Uważał, że to jej wina. Czy namawiałby ją do pozbycia się Tomka przed porodem? Nie wiadomo. W każdym razie, miał do niej żal. Czekał na zdrowego synka, a tu nagle lekarz go informuje, że żadnego zdrowego synka nie ma. Zamiast tego, proszę, taki krasnoludek. W sumie nie był brzydki. Był na swój sposób słodziutki. Ze swoją zajęczą wargą i szerokim noskiem przypominał trochę zawodnika sumo. Nie brakowało mu żadnej kończyny, tylko w lewej rączce miał dodatkowy paluszek. Posiadał także dwoje uszu i dwoje oczu, choć prawdopodobnie był głuchoniewidomy. W każdym razie, problem nie leżał w estetyce. Problemem było serce. Problemem były nerki. Problemem było to, że Tomek nie umiał ssać. Oddychać też nie bardzo.

Większość ludzi myśli, że takie krasnoludki po prostu nie rodzą się żywe. Pan Heretyk dowiedział się z internetu, że niektóre dzieci z trisomiami różnego rodzaju, nie tylko te z zespołem Downa, dają radę i dożywają nawet dorosłości. Takie bardzo rzadkie przypadki zdarzają się częściej, niż się wydaje. Ale i tak są to bardzo rzadkie przypadki. Tomek akurat żył dziewięć miesięcy w brzuchu mamy i pięć tygodni na oddziale noworodkowym. Jak na chłopca z trisomią 13, nie tak źle. Pan Heretyk dowiedział się z internetu, że chłopcy z takimi wadami mają o wiele mniejsze szanse na przeżycie okresu ciąży i porodu niż dziewczynki o podobnym kariotypie.

Jako sześciolatek stworzyłem sobie taką teorię, że tata odszedł, bo nie chciał patrzeć, jak mama tylko płacze i płacze. Dzisiaj skłaniam się bardziej ku innej teorii. Po prostu bał się, że kolejne dzieci też będą upośledzone. Postanowił zacząć życie od nowa. Życie, w którym miałby gwarantowany brak potomstwa. Nie zrozumcie mnie źle. Kobiety, związki, życie seksualne - to tak, jak najbardziej. Tylko bez potomstwa. Żadnych pryszczatych kościotrupów, typu ja. Żadnych krasnoludków, typu Tomek. Ogólnie - żadnych synów. Oczywiście, oznaczało to rezygnację z marzenia o prawdziwym domu w środku lasu, o rozmowach i żartach z dziećmi podczas codziennych dojazdów do wielkiego miasta czy o wieczornych herbatkach z żoną.

Ale przecież nie można mieć wszystkiego. 

środa, 19 lipca 2017

11. Pobudka

[D] - Dawid
[S] - Samson
[T] - Tina

Jak za pierwszym razem.

Pan Heretyk nie miał żadnego powodu, żeby pójść do klasztoru dominikańskiego w wigilię Wszystkich Świętych. W sumie, tym razem miał nawet o jeden powód mniej, niż za pierwszym razem. Za pierwszym razem nie miał numeru Mamy Warkoczyków w swoim telefonie ani nie wiedział, że na portalach społecznościowych należy jej szukać pod "Tina Potter-Cobain". W razie czego mógł spokojnie wyjaśnić, że przyszedł dla starej znajomej, z którą od lat nie miał żadnego kontaktu.

A teraz?

- [D] I co, dalej nie śpiewasz?

Dawid zdecydowanie nie był z tego rodzaju ludzi, którzy łatwo dają za wygraną.

- [A] Śpiewać w taki wieczór? Nie wydaje ci się, że to trochę niestosowne?
- [D] A to czemu?
- [A] Mamy przecież przełom października i listopada. Czas zadumy i żałoby. Ewentualnie czas mroku, strachu i dusz potępionych. W tym czasie, śpiewanie czegokolwiek, może poza "Wiecznym odpoczywaniem", jest wysoce niestosowne. Babcia cię tego nie nauczyła?
- [S] Nie wiem, jak to jest u heretyków. Jeśli o nas chodzi, to śpiewamy nawet w Wielkim Poście. O Gorzkich Żalach słyszał?

Nie tylko słyszał, ale nawet słuchał.

Nie zapomniał głosów starszych pań, które zbierały się w każdą niedzielę Wielkiego Postu, by opłakiwać Syna Maryi. Prawdę mówiąc, bardzo lubił te żałobne popołudnia. Gorzkie Żale to nie żadne starożytne psalmy czy średniowieczne chorały. To raczej zwyczajne, bardzo przaśne, bardzo przestarzałe teksty. Repertuar doskonały dla osób 60+. W internecie można przeczytać, że Gorzkie Żale były pierwotnie oparte na osiemnastowiecznej Jutrzni, czyli dzisiejszej brewiarzowej Godzinie Czytań. Liturgicznie, czyli całkiem szlachetnie. Niestety, dziś mamy wiek dwudziesty pierwszy, a nie osiemnasty. Dzisiaj z "żalu, który duszę ściska", wyśmiewają się kabarety i durnowate kreskówki dla dorosłych z Zespołem Opóźnionej Dojrzałości Kulturowej. A jeśli ktoś mówi o sobie, że jest "tak żałosny", świadczy to o wyjątkowo niskiej samoocenie, a nie o żałobie.

Tak naprawdę czekał na dwa momenty. Pierwszym była tak zwana "Pobudka". Uwielbiał ten tekst. Uwielbiał tę melodię. Normalnie nienawidził wielkopostnych pieśni. Najbardziej nienawidził słuchania parafialnej wersji utworu "Wisi na krzyżu" podczas święcenia pokarmów w Wielką Sobotę, w towarzystwie odświętnie i kolorowo ubranych dzieciaków z odświętnymi i kolorowymi koszyczkami. Wikary zawsze rozpoczynał ceremonię od tej pieśni. A to przecież takie niestosowne. Śpiewać o "zawieraniu oczu" albo o "boku, z którego krew ciecze" przy dzieciakach, w samym środku zielono-czekoladowych ferii.

Ale "Pobudkę" uwielbiał. W książkach, które czytał, zawsze był jakiś fantastyczny świat, zagrożony upadkiem lub podbity przez złe siły. W każdym takim świecie musiała być grupka rebeliantów, których celem było pokonanie tyrana. Władza uspokaja i oszukuje swych magicznych poddanych, aż przychodzi ten moment, kiedy "słońce, gwiazdy omdlewają, z grobów umarli powstają". W tym momencie na scenie pojawia się jakiś dzieciak ze świata samochodów i telewizorów, który co prawda nie umie poradzić sobie ze szkolnymi łobuzami i wredną ciotką, ale za to doskonale zna się na ratowaniu czarodziejskich cywilizacji. Tak właśnie pachniała mu "Pobudka" z Gorzkich Żali. Jak zniszczony, chylący się ku upadkowi magiczny świat, opłakujący swoje Dziecko Niespodziankę, Syna Obietnicy, Wybrańca Przeznaczenia. Nawet fałszowanie organisty nie było w stanie odebrać tej melodii nastroju. Drugi moment, który go poruszał, był na samym końcu. Cała parafia prosiła wtedy na kolanach o wybawienie od "powietrza, głodu, ognia i wojny", a nade wszystko od "nagłej, a niespodziewanej śmierci". Ta melodia także pachniała upadającym światem. Ale miała jeszcze jeden zapach.

Znał ten zapach z własnego domu.

- [D] Poza tym, Wszystkich Świętych to dzień uroczysty, a nie pokutny. Dzień, kiedy powinno się śpiewać "Alleluja" na cześć wszystkich zbawionych! To ich święto.
- [A] Aha. Skąd w takim razie te wszystkie znicze i kazania o czyśćcu?
- [T] Może po to, żeby jak najwięcej dusz mogło dołączyć tego dnia do grona świętujących? Liczba mieszkańców Nieba wciąż rośnie, ale niektórzy muszą długo czekać na wejściówkę.
- [A] A większość i tak nie ma na nią szans.
- [D] Hej! Skąd ten pesymizm?
- [A] Apokalipsa podaje konkretną liczbę wybranych. Policz sobie, ilu ludzi już zmarło po Adamie, a potem dodaj sobie tych wszystkich, którzy zejdą z tego świata przed nadejściem Paruzji. Porównaj wynik z tym podanym w Biblii. Wasi święci to mniej niż jeden procent ludzkości. Sporo mniej.
- [S] Nie wiem, jaką Apokalipsę czyta się u heretyków, ale w naszej wersji pisze...
- [A] ... jest napisane.
- [S] Dobra, purysto! Znalazłem. Wy, heretycy, lubicie Pismo Święte, nie? Solo scripture czy coś?
- [A] Sola scriptura. Obrządek łaciński czy coś.
- [ S] Właśnie, purysto. Słuchaj tego! Siglum: Ap 7,9. "Potem ujrzałem: a oto wielki tłum, którego nikt nie mógł policzyć, z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków, stojący przed tronem i przed Barankiem".
- [D] Czyli co? Wcześniej Jan jakoś umiał policzyć opieczętowanych. Wyszło mu sto czterdzieści cztery tysiące. Teraz znów staje przed wielkim tłumem, i co? Czemu nie podaje ich liczby? Nie chce mu się? 

Cholera.
Niezły zawodnik.

Samson miał w kieszeni smartfona. W tym smartfonie miał Pismo Święte. W razie spotkania trzeciego stopnia z heretykiem, mógł w każdej chwili rzucić jakimś cytatem. Jak każdy heretyk, Pan Heretyk był przekonany, że katolicy nie czytają Pisma Świętego. Widać musieli nauczyć się czegoś od Świadków Jehowy.

- [A] Plany na jutro?
- [T] Z samego rana jedziemy z teściami i Gracją na grób Alana.
- [A] A wieczorem?
- [T] To zaproszenie na randkę? W dniu Wszystkich Świętych? Ktoś tutaj mówił coś o niestosownych zachowaniach.

Randka?

Przez cały wieczór Pan Heretyk myślał o swoim dzieciństwie. Nie tylko o starym organiście i chórze parafialnym. Pamiętał, że co roku, w wigilię Wszystkich Świętych, zapraszał do siebie swoją przyjaciółkę. Rodzina małej Tiny była zbyt mugolska, by mogli spotykać się u niej w domu. Nie tylko w wigilię Wszystkich Świętych. Rodzina małej Tiny nie znosiła małego Augustyna. Ich zdaniem, mały Augustyn był zbyt dziwaczny, a jego matka miała zbyt mało koleżanek, żeby opłacało się utrzymywać z nimi jakiekolwiek kontakty. Na szczęście, mama małego Augustyna wprost uwielbiała małą Tinę. Gdy dziewczynka odwiedzała ich dom, grobowiec zamieniał się w miejsce czarodziejskie, spokojne i nawet miłe. W takich chwilach mama małego Augustyna  uśmiechała się i podawała dzieciom herbatę. Czasami były też ciastka. Mama małego Augustyna była cukiernikiem doskonałym. Niestety, odkąd tata małego Augustyna wyjechał do wielkiego miasta, nie było już dla kogo, ani nawet za co piec tego wszystkiego.

Randka?
Co te katolickie panny mają w tych głowach.