Powiadomienia o nowych rozdziałach

niedziela, 22 października 2017

13. Kłamstwo


 Wojna rozpoczęta.

Dudnienie głośnika dało się wyczuć o wiele wcześniej, niż możliwe było rozpoznanie słów lektora. Dzięki temu przechodnie mogli w porę zorientować się, że coś się kroi. Parę metrów dalej ktoś pikietuje. Ktoś będzie nas zaczepiał. Ktoś będzie nas przekonywał. Ktoś będzie prosił o podpis. Chyba, że zmienimy trasę. 

Jeśli jesteś za edukacją seksualną w szkole, podpisz.
Jeśli jesteś za zdrowiem kobiet, podpisz.

- Pani wybaczy, ale ja już zbieram podpisy. Pod projektem "Ratujmy Nienarodzonych". Miłego dnia!

Pan Heretyk do dziś zastanawia się, dlaczego okłamał wtedy Panią Feministkę. Nie miał w tym żadnego interesu. Tak, to prawda, chciał zbyć dziewczynę byle czym. Ale nie musiał od razu deklarować swojego stanowiska w sprawie aborcji. Pan Heretyk miał różne sposoby na zbywanie natrętów. Nie musiał akurat podawać się za przedstawiciela odmiennej opcji światopoglądowej. Mógł powiedzieć cokolwiek. 

Jako przyszły lekarz sprzeciwiam się podnoszeniu poziomu zdrowia obywateli obojga płci, gdyż wiązałoby się to z utratą pacjentów. 

Wie pani, moja była jest edukatorką seksualną. Przez cały czas zdradzała mnie z moim najlepszym kumplem. Odkąd zerwaliśmy ze sobą, nie może znaleźć pracy. Bardzo dobrze! Niech sobie dalej szuka, głupia szmata! 

Naprawdę, cokolwiek. 

A jednak wybrał taką, nie inną strategię. Powiedział, że nie podpisze się pod projektem pro-choice, bo sam zbiera podpisy pod projektem pro-life. Czemu? Można by to wyjaśnić wrodzoną skłonnością do przekomarzania się. Pan Heretyk wprost uwielbiał zabawę w adwokata diabła. Zasady tej zabawy są banalnie proste. Rozmówca ślepo wierzy w jakąś ideę. Twoim zadaniem jest udawanie, że całym sercem opowiadasz się po stronie przeciwnej. Proste zasady, przednia zabawa. Tak, Pan Heretyk lubił się przekomarzać. Ale tym razem to było coś innego. Mógł udawać przed Panią Feministką, ale nie przed samym sobą. Faktycznie, nie zbierał żadnych podpisów. Obawiał się jednak, że akurat w tej sprawie jego serce mogło nie być aż tak neutralne, żeby to kłamstwo  można było uznać za kłamstwo czyste, pozbawione prawdy. 

Nie zbierał podpisów pod żadnym projektem antyaborcyjnym.  

Ale czy nie kibicował takiemu projektowi?
Czy nie interesował się takim projektem w sposób wskazujący na chęć udzielenia poparcia?
Czy nie wyszukiwał informacji o takim projekcie w internecie?
Czy nie myślał pozytywnie o osobach zbierających podpisy pod takim projektem?
Czy nie miał myśli negatywnych o osobach zbierających podpisy pod projektem przeciwnym?

Czy kłamiąc, można niechcący powiedzieć prawdę? 

- [F] Z takiego kłamstwa bardzo łatwo zrobić prawdę. Kartę możesz sobie wydrukować w każdej chwili z internetu.
- [A] Jaką kartę?
- [F] Do zbierania podpisów, a niby jaką?
- [A] Myślałem, że już to sobie wyjaśniliśmy.  
- [D] Niby co?
- [A] Zacznijmy od tego, że ja sam jeszcze nie podpisałem żadnego projektu. To chyba trochę głupio, tak prosić ludzi o podpisy pod czymś, czego człowiek sam nie podpisał?
- [D] Trzeba było tak od razu! Akurat brakuje mi jednego nazwiska do pełnej karty.

Dawid miał w plecaku dwie teczki. Do jednej chował karty z pełną ilością podpisów. Do drugiej karty puste albo niewypełnione do końca. Jedną z takich niedokończonych kart podstawił Panu Heretykowi pod nos. Wraz z długopisem.

- [S] Daj facetowi spokój. Będzie chciał, podpisze się. Przynajmniej olał feministki. 
- [D] Miło, że nie podpisał tamtym, ale to tylko połowa sukcesu. Jak będziemy tak każdemu odpuszczać, to nawet tego minimum stu tysięcy nie wyrobimy. 
- [A] Tylko czy zaczepianie heretyków w ogóle wam się opłaca? Nie lepiej przejść się po klasztorach? Regulamin akcji nie przewiduje dodatkowych punktów za podpis od osoby konsekrowanej i znajdującej się w stanie Łaski uświęcającej?
[F] Niestety, żadnych "punktów ekstra". Demokracja, sam rozumiesz. Poza tym, o poparcie osób konsekrowanych zabiegać nie trzeba. Same się podpiszą. 
- [D] Właśnie. Sztuka polega na tym, żeby zdobyć głosy heretyków. Tych, którzy normalnie głosowaliby odwrotnie albo w ogóle nie zainteresowaliby się tematem. To jak będzie?

Pan Heretyk uświadomił sobie, że sprawa jest poważna. 

Tu chodziło o niego. 
O Pana Heretyka.
O jego własne suppositum humanum.

Suppositum humanum to nic innego, jak podmiotowość w sensie metafizycznym. 

Oczywiście. 

Historia zna jednego papieża, który w młodości chciał zostać aktorem, a gdy młodość się skończyła - filozofem. Ostatecznie został papieżem. Nie zrozumcie mnie źle. Papieżem był całkiem dobrym. Można powiedzieć, wybitnym. Został nawet świętym. Nie każdemu papieżowi udaje się tak zostać świętym. W każdym razie, dzisiaj każde dziecko i każda babcia kojarzy, że był taki papież. O jego aktorstwie mało kto pamięta, a o jego filozofii - prawie nikt. Praktycznie to kilku księży-profesorów na uniwersytetach katolickich i tyle. A nawet między nimi mówi się, że papieskie książki filozoficzne to dobra lektura na pobyt w czyśćcu. 
Papież ten mówił, że człowiek jest złożony z esse, czyli że istnieje, a także z operari, czyli że robi różne rzeczy. Operari to jest wszystko to, co człowiek sam zdziała (z własnej woli), a także to, co w człowieku samo "się dzieje" (bez jego woli). To, co człowiek zdziała świadomie i dobrowolnie, nazywamy czynem. Papież mówił, że czyny są bardzo ważne. To, że człowiek jest osobą, to ma już w swoim suppositum w chwili poczęcia. Z drugiej strony, to od czynów zależy, jaką osobą się staje. Po czynach można poznać, czy człowiek posiada samego siebie, czy nad samym sobą panuje i czy zbliża się do swojej pełni. 

- [A] Przypomnij mi jeszcze raz, o co chodzi w tym waszym rabanie. 
 - [D] Zbieramy podpisy przeciwko zabijaniu dzieci chorych. 


- [A] A co z resztą? Można zabijać? 
- [D] Jasne, że nie. Ale zauważ. Jeśli chodzi o takie zwyczajne, normalne dziecko, to każdy się zgadza, że zabijać nie wolno. 
- [S] Chyba, że jest feminazistką. Feminazistki chcą wprowadzić prawo, zezwalające na zabijanie dzieciaków do dwunastego tygodnia od poczęcia. Wszystkich dzieciaków, zwyczajnych i niezwyczajnych. 
- [D] Chcieć sobie mogą. Na razie w naszym kraju wolno zabijać tylko dwa rodzaje dzieci - dzieci chore i dzieci gwałcicieli. Jeśli chodzi o dzieci gwałcicieli, to dość rzadko zdarza się, żeby ktoś zgłaszał takie dziecko do "zlikwidowania". To tylko kilka przypadków w ciągu roku - a czasem nie ma nawet jednego. Może dlatego, że dzieci z gwałtu jest niewiele, a może dlatego, że ofiary gwałtów nie są chętne do pozbywania się tych maluchów, nie w ten sposób. W każdym razie, ofiary legalnej aborcji to głównie dzieciaki z podejrzeniem wady genetycznej. Rok temu zginęło w ten sposób tysiąc maluchów.
- [S] No i potem nikt nie sprawdza, ile z nich rzeczywiście miało jakąś wadę.
  
- [D] Wiesz, nie mówię, że dzieci gwałcicieli można zabijać, bo jest ich mniej czy coś. Nie wszystko da się załatwić od razu. Jeśli dojdzie do zakazu zabijania niepełnosprawnych, to będzie początek końca zabijania w ogóle.
- [A] Czyli kolejny projekt będzie dotyczył dzieci gwałcicieli?
- [S] O ile ten pierwszy przejdzie. 

- [A] A jeśli dziecko zagraża matce?
- [F] Chciałeś chyba powiedzieć - gdy ciąża ma przebieg patologiczny, tak że matka znajduje się w stanie bliskim śmierci. Dzieci na tym etapie nikomu nie grożą i nikomu nie zagrażają. Już prędzej to świat zagraża im swoim zanieczyszczeniem, promieniowaniem, wirusami, bakteriami i tak dalej. 
- [A] Ale niektóre niewiniątka tak się układają w brzuchu mamusi, że trzeba je usunąć, zanim mamusia umrze.
- [F] Takie przypadki zdarzają się niezwykle rzadko. W sumie, jeśli tylko dziecko nie rozwija się w jajniku, można próbować ratować oboje. Dzisiaj matkami zostają kobiety z naprawdę ciężkimi schorzeniami, nawet z chorobą nowotworową. 

- [A] A co z dziećmi "jajnikowymi"? Można zabijać?
- [F] Jeśli dziecko trafi do jajnika, oznacza to dla niego pewną śmierć. Tam jest zbyt ciasno, mówiąc obrazowo. Od początku wiadomo, że jajnik pęknie, a dziecko tego pęknięcia nie przeżyje. Po czymś takim będzie można już tylko myśleć o ratowaniu matki - a trzeba liczyć się z ryzykiem, że jej także nie będzie można już pomóc, jeśli będziemy czekać z operacją aż do śmierci dziecka i do krwotoku wewnętrznego. Dzisiaj lekarz może tylko zastanawiać się, który moment będzie najlepszy na usunięcie jajnika, a razem z nim dziecka. 

- [A] Przecież to je zabije.
- [F] Tak, dziecko umrze. Ale to nie będzie zabójstwo. Zabójstwo polega na tym, że świadome działanie jednego odbiera życie drugiemu. Gdyby nie działanie tego pierwszego, ten drugi żyłby dłużej i umarłby kiedy indziej, jakimś innym rodzajem śmierci. Tutaj jest tak, że cokolwiek zrobimy, jajnik ulegnie zniszczeniu. Stanie się to albo w ciele matki, albo poza jej organizmem. Dla dziecka nie ma to żadnego znaczenia. Z jego punktu widzenia istotne jest to, że cokolwiek zrobią osoby dorosłe, ten jajnik w końcu go zabije - albo w ciele matki, albo poza ciałem matki. Nie ma opcji, że dziecko umrze kiedy indziej albo inaczej. Nasze działanie nie może mu ani zaszkodzić, ani pomóc.
 - [S] Generalnie, lekarz ma być nastawiony na ratowanie obojga. Jeśli jednak wiadomo, że jajnik jest stracony, a dziecka w żaden sposób nie można uratować przed konsekwencjami utraty jajnika, z dwóch pacjentów do uratowania pozostaje jeden. Miejmy nadzieję, że kiedyś nauczymy się przenosić bezpiecznie zarodki, które już zdążyły się zagnieździć w takim mało bezpiecznym miejscu. Gdy się tego nauczymy, obowiązkiem lekarza stojącego przed takim przypadkiem będzie przeprowadzenie zabiegu dającego szansę na uratowanie obojga, nawet gdyby zabieg ten był trudniejszy niż usunięcie jajnika. Na ten moment nie umiemy robić takich rzeczy. 

- [D] Okej, dobra. Pogadać zawsze można, ale wróćmy do interesów. W naszym projekcie nie ma ani słowa o takich przypadkach. Nam chodzi o dzieci chore. Dzieci chore nikomu nie zagrażają. Im na pewno możemy pomóc, jeśli podejmiemy się opieki nad nimi, albo zaszkodzić, jeśli zrobimy coś zagrażającego ich zdrowiu i życiu. O takie dzieci nam chodzi. Podpisujesz? 

Dawid może był idealistą, ale uporu mu nie brakowało. 

- [A] Zagrażającego ich zdrowiu? Przecież one nie mają czegoś takiego jak zdrowie. 
- [D] Często zdarza się, że lekarz podejmuje się aborcji na dziecku w wieku na granicy wcześniactwa, w sensie około dwudziestego czwartego tygodnia. Dziecko musi być już w miarę rozwinięte, żeby można było przeprowadzić badania pod kątem wad genetycznych. Najpierw USG, potem amniopunkcja, potem czeka się na wyniki, a na końcu te wyniki trzeba skonsultować z lekarzem. W tym czasie dziecko rośnie i rośnie. W praktyce, aborcja eugeniczna dotyczy głównie dzieci w wieku kilkunastu lub dwudziestu paru tygodni od poczęcia. Dzieciaki  między dwudziestym drugim a dwudziestym piątym tygodniem, nie mówiąc o starszych, potrafią przeżyć własną aborcję - nawet te z zespołami genetycznymi. Oczywiście, przeżycie własnej aborcji oznacza, że do już istniejącej wady (o ile jakaś była) dochodzi wcześniactwo, czyli dziecko przychodzi na świat w gorszym stanie, niż gdyby dorośli pozwolili mu urodzić się później. Takie dziecko po własnej aborcji zwykle też szybko umiera - lekarze albo takich dzieci nie ratują, albo nie umieją ich już uratować. Gdyby urodziło się o czasie i miało odpowiednią opiekę, może i byłoby chore, ale byłoby zdrowsze i żyłoby dłużej. 

- [A] Chcesz powiedzieć, że zawsze może być gorzej.
- [D] A lekarz ma po pierwsze nie szkodzić.

Pan Heretyk zastanawiał się, skąd jego nowi znajomi brali te wszystkie argumenty. Domyślał się, że ktoś musiał ich wyszkolić. To nie było nic w stylu "ksiądz zabronił" albo "trzeba było myśleć, zanim się komuś wlazło do łóżka". Miało to ręce, nogi, a nawet głowę. Nie było też w tym wszystkim ani słowa o Panu Jezusie. Są ludzie, którzy źle reagują na samo wspomnienie Pana Jezusa i od razu przestają słuchać. Panu Heretykowi przeszła przez głowę myśl, że jeśli to faktycznie tak wygląda, to lekarze sami powinni wiedzieć, co trzeba robić. Powinno być tak, że samo opanowanie materiału z embriologii i neonatologii, bez żadnych ustaw państwowych czy dokumentów kościelnych, skutkowałoby odrzuceniem aborcji. Przynajmniej przez środowisko medyczne. 

Na świecie nie zawsze jest tak, jak być powinno. 

wtorek, 22 sierpnia 2017

12. Not One But Two

[A] Augustyn
[T] Tina
[G] Gracja 

- [T] Jedziemy tam, gdzie myślę, że jedziemy?
- [G] Gdzie to jest tam, gdzie mama myśli, że jedziemy? 

Przyjaciółka Pana Heretyka nie mogła się z nim umówić na pierwszego listopada. Pierwszego listopada zawsze jeździła z córką i teściami (jak ich nazywała) na grób Alana. Odbywała taką podróż w każdy trzeci weekend miesiąca, a ponadto w dniu Wszystkich Świętych. Sześć godzin samochodem.

Mała Tina wychowywała się u dziadków. Najgorszych mugoli pod słońcem. Gdy miała jedenaście lat, najgorsi mugole postanowili przeprowadzić się na drugi koniec kraju i zabrać ją ze sobą. Z jej starego domu do nowego było siedem godzin samochodem.

W piątym roku po przeprowadzce poznała Alana. Chłopak zostawił swoich rodziców zaraz po osiągnięciu pełnoletności. Przez jakiś czas szukał swojego miejsca, aż w końcu trafił do rodzinnej miejscowości swojej matki. W miejscowości tej był cmentarz, na którym spoczywało wielu jego krewnych. Miał tutaj jednego wujka. Całkiem żywego wujka. Z domem, żoną i dwiema córkami. Alan zawsze miał dobry kontakt ze swoim wujkiem. Wujek był na tyle rockowy, by zrozumieć jego zbuntowane serce, ale też na tyle ogarnięty, by wyciągnąć go z kłopotów w razie potrzeby. Bez problemu zgodził się zatrudnić ulubionego siostrzeńca w swoim sklepie z muzycznymi gadżetami. To właśnie rockowy wujek zawiadomił rodziców chłopaka o jego śmierci. Na niego również spadł obowiązek dbania o jego grób, gdy zdecydowano, że przewożenie ciała bliżej miejsca zamieszkania mamy i taty nie ma sensu. Przecież mieli już na tym cmentarzu wielu krewnych. Rockowy wujek z radością przyjmował weekendowe wizyty swojej siostry, jej męża, wnuczki i synowej.

Z domu rodziców Alana do domu rockowego wujka było sześć godzin samochodem. 

- [A] Tak. Dokładnie tam jedziemy.
- [T] Myślałam, że już nie utrzymujesz kontaktów ze swoją matką.
- [A] Bo nie utrzymuję.
- [T] Po co w takim razie tam jedziemy?
- [G] Gdzie to jest tam, gdzie jedziemy?
- [A] Jaki mamy dzisiaj dzień?
- [G] Zaduszki.
- [A] A gdzie się jeździ w Zaduszki?
Pytanie retoryczne.

Przed przeprowadzką na drugi koniec kraju Tina mieszkała w pewnej małej mieścinie, oddalonej zaledwie godzinę jazdy samochodem od najbliższego wielkiego miasta. W tej samej wsi wychowywał się mały Augustyn. Zanim mały Augustyn zaistniał jako zapłodniona komórka jajowa, jego tata zdecydował, że zainwestuje w dom. Nie żadne tam mieszkanie w hałaśliwym centrum, ale najprawdziwszy dom, dom otoczony lasem, na samym końcu wiejskiej (i tak stromej, że prawie górskiej) drogi. Dom piętrowy, bez smogu, bez świateł ulicznych, bez sąsiadów. Najprawdziwszy dom. Jak już zakładać rodzinę, to zakładać.

Wiadomo, że w Zaduszki odwiedza się grobowce.

Tata małego Augustyna nie martwił się tym, jak będzie wyglądała codzienna droga do szkoły jego przyszłych dzieci. W tamtym czasie w tamtej okolicy autobus jeździł raz na dwie godziny. Z domu, w który zainwestował tata małego Augustyna, do najbliższego przystanku szło się  dwadzieścia minut. Dwadzieścia minut wiejską, prawie górską drogą. Zimą na dojście trzeba było sobie policzyć pół godziny. Tata małego Augustyna wcale się tym nie martwił. Miał przecież samochód. Dzieci można będzie dowozić samochodem. Jego dzieci nigdy nie będą musiały martwić się autobusem. Zresztą, przecież nie będą chodzić do jakiejś byle budy na jakimś zadupiu. Jego dzieci będą jeździły codziennie z ojcem do najbliższego wielkiego miasta. On do pracy, one do porządnej szkoły. 

Godzina jazdy samochodem. 

- [T] Ale... kurcze, nawet nie wiem, jak o to zapytać.
- [A] Wprawdzie zdania pytające nie są zdaniami w sensie logiki, ale z punktu widzenia pragmatyki to całkiem dopuszczalna i wygodna forma komunikacji.
- [T] Twoja mama... ona wciąż żyje, prawda?

Tego najbardziej się obawiał.
Pan Heretyk od lat nie miał żadnych wieści od swojej matki. Nie wiedział nawet, czy ojciec przesłał jej jakiekolwiek pieniądze od czasu, gdy syn dołączył do niego w wielkim mieście. Od swojej ucieczki nie był w tej mieścinie ani razu. Skąd miał wiedzieć, jakie nowy groby pojawiły się w tym czasie na lokalnym cmentarzu?

Grób, który go interesował, znajdował się w jednej ze środkowych alejek, tuż przy ogrodzeniu z lewej strony od bramy wejściowej. Grób ten liczył sobie już osiemnaście lat. Był zadbany, ale bardzo skromny. Żadnych marmurów, pomników, tabliczek. Kilka desek, krzyż i jakieś roślinki. To wszystko.

- [T] Kim... kim było to dziecko?

Przyjaciółka Heretyka dobrze pamiętała, co znajdowało się w tej części cmentarza. Była to strefa specjalna. Strefa dla dzieci. Na pierwszy rzut oka wyglądało to jak mały ogródek, z grządkami kwiatowymi i jakimiś skrzyneczkami. Prawdziwy grób powinien mieć odpowiednie wymiary. Grób wielkości pudła na owoce z supermarketu to jak nie grób.

Przyjaciółka Heretyka wyglądała na zdziwioną, gdy ten skręcił w alejkę dziecięcą i tam się zatrzymał. Pamiętała, co znajdowało się w tej części cmentarza, ale nie pamiętała pogrzebu żadnego dziecka z tej wsi, które byłoby w jakikolwiek sposób związane z Panem Heretykiem albo z nią samą. Pamiętała jedną szczególnie przerażającą historię, która zdarzyła się w jednej z tutejszych rodzin. W tej rodzinie były dwie dziewczynki, czteroletnia i dwuletnia. Któregoś wieczoru czterolatka wpadła na pomysł, że wykąpie swoją siostrę, jak mama. Wiedziała, że trzeba odkręcić kurek z wodą, a następnie poczekać, aż wanna będzie pełna. Zapomniała tylko o jednym - o sprawdzeniu temperatury. Dwulatka od razu trafiła do szpitala, ale oparzenia były zbyt rozległe. Przyjaciółka Heretyka znała tę historię. Starsza z sióstr chodziła z nimi do tej samej szkoły, dwie klasy wyżej. Wiedziała, że gdyby nie tamten wypadek, liczba dziewczynek w ich grupie byłaby parzysta. W dzieciństwie często wyobrażała sobie, jakby to było, gdyby tamta kąpiel nigdy się nie wydarzyła. Liczba dziewczynek byłaby parzysta i nie musiałaby zostawać bez pary na wycieczkach i na lekcjach gimnastyki. Zastanawiała się, czy w takiej sytuacji siedziałaby w ławce z tamtą dziewczynką, której nie było. Może jej przyjaźń z małym Augustynem okazałaby się na tyle silna, że mimo wszystko wybrałaby wspólną ławkę z chłopcem?

Każdy znał tę historię. Tina wiedziała jednak, że młodszą z sióstr pochowano w grobie rodzinnym, a nie w alejce dzieci. Heretykowi musiało więc chodzić o inne dziecko. A żadnego innego dziecka nie mogła sobie przypomnieć. 

-  [A] To był mój brat.
- [G] Miałeś brata?
- [A] Tak. Przez dziewięć miesięcy i pięć tygodni. Gdy został poczęty, miałem pięć lat. Kiedy zmarł, miałem już sześć lat. 
- [T] Nigdy mi o tym nie mówiłeś. To było w tym samym czasie, kiedy twój tata od was odszedł?
- [A] Dokładnie tak. 
- [T] Jego odejście... miało coś wspólnego ze śmiercią twojego brata?
- [A] Oficjalna wersja zawsze była taka, że odszedł, bo matka zaczęła świrować. Rozumiesz, że niby taki oświecony racjonalista, co to już nie chciał dłużej żyć ze zwariowaną dewotką. Tomek urodził się zdrowy, zmarł podczas snu z niewiadomych przyczyn. Chora dewotka nie mogła pogodzić się ze śmiercią synka, a oświecony racjonalista nie mógł znieść chorej dewotki. No to odszedł. Oto oficjalna wersja. 
- [T] Jaka jest... wersja nieoficjalna?
- [A] A taka, że Tomek urodził się z wadą genetyczną.
- [G] Twój brat miał na imię Tomek?
- [A] Tak. Mój brat miał na imię Tomek. W czasie ciąży lekarz zalecił mojej mamie dodatkowe badania. Podczas standardowych badań wyszło mu, że z dzieciakiem jest coś nie tak. Podejrzewał, że chłopak może mieć gdzieś dodatkowe chromosomy albo inne niespodzianki. No to zlecił dodatkowe. Mama uznała, że żadnych dodatkowych robić nie będzie. Nie chciała się denerwować na zapas. Wolała nie mówić o tym z nikim. Nawet ojcu wolała nie mówić zbyt wiele. Starała się chyba przekonać samą siebie, że to fałszywy alarm.  Przecież ja urodziłem się zdrowy. Czyli drugie dziecko też na pewno będzie zdrowe. 
- [G] Ale nie było zdrowe?
- [A] Nie. Miało trisomię. Tylko wiesz. Nie taką trisomię, z którą się żyje. Zresztą, taka to jest chyba tylko jedna - trisomia 21 chromosomu, czyli zespół Downa. Inne trisomie to są takie, że z nimi raczej nie można żyć. Z takich innych trisomii, to najbardziej znane są dwie - trisomia 18, czyli zespół Edwardsa, oraz trisomia 13, czyli zespół Pataua. Tomek miał właśnie zespół Pataua.

Za dużo tego, prawda?

Czytelnik z pewnością stwierdzi w tym momencie, że tego już za dużo. Najpierw jakieś historie z maluchami, które wpadły do wanny z prawie wrzącą wodą, a teraz zespół Pataua. Przecież tylko jedno na dziesięć tysięcy żywo urodzonych dzieci ma taki zespół! Poparzenia i wypadki jeszcze można znieść. Tak już bywa z maluchami. Ale dodatkowy chromosom przy trzynastej parze chromosomów? To już za dużo.

Tata nie był przygotowany na coś takiego. Miał mamie za złe, że nie zrobiła tych wszystkich testów. Uważał, że to jej wina. Czy namawiałby ją do pozbycia się Tomka przed porodem? Nie wiadomo. W każdym razie, miał do niej żal. Czekał na zdrowego synka, a tu nagle lekarz go informuje, że żadnego zdrowego synka nie ma. Zamiast tego, proszę, taki krasnoludek. W sumie nie był brzydki. Był na swój sposób słodziutki. Ze swoją zajęczą wargą i szerokim noskiem przypominał trochę zawodnika sumo. Nie brakowało mu żadnej kończyny, tylko w lewej rączce miał dodatkowy paluszek. Posiadał także dwoje uszu i dwoje oczu, choć prawdopodobnie był głuchoniewidomy. W każdym razie, problem nie leżał w estetyce. Problemem było serce. Problemem były nerki. Problemem było to, że Tomek nie umiał ssać. Oddychać też nie bardzo.

Większość ludzi myśli, że takie krasnoludki po prostu nie rodzą się żywe. Pan Heretyk dowiedział się z internetu, że niektóre dzieci z trisomiami różnego rodzaju, nie tylko te z zespołem Downa, dają radę i dożywają nawet dorosłości. Takie bardzo rzadkie przypadki zdarzają się częściej, niż się wydaje. Ale i tak są to bardzo rzadkie przypadki. Tomek akurat żył dziewięć miesięcy w brzuchu mamy i pięć tygodni na oddziale noworodkowym. Jak na chłopca z trisomią 13, nie tak źle. Pan Heretyk dowiedział się z internetu, że chłopcy z takimi wadami mają o wiele mniejsze szanse na przeżycie okresu ciąży i porodu niż dziewczynki o podobnym kariotypie.

Jako sześciolatek stworzyłem sobie taką teorię, że tata odszedł, bo nie chciał patrzeć, jak mama tylko płacze i płacze. Dzisiaj skłaniam się bardziej ku innej teorii. Po prostu bał się, że kolejne dzieci też będą upośledzone. Postanowił zacząć życie od nowa. Życie, w którym miałby gwarantowany brak potomstwa. Nie zrozumcie mnie źle. Kobiety, związki, życie seksualne - to tak, jak najbardziej. Tylko bez potomstwa. Żadnych pryszczatych kościotrupów, typu ja. Żadnych krasnoludków, typu Tomek. Ogólnie - żadnych synów. Oczywiście, oznaczało to rezygnację z marzenia o prawdziwym domu w środku lasu, o rozmowach i żartach z dziećmi podczas codziennych dojazdów do wielkiego miasta czy o wieczornych herbatkach z żoną.

Ale przecież nie można mieć wszystkiego. 

środa, 19 lipca 2017

11. Pobudka

[D] - Dawid
[S] - Samson
[T] - Tina

Jak za pierwszym razem.

Pan Heretyk nie miał żadnego powodu, żeby pójść do klasztoru dominikańskiego w wigilię Wszystkich Świętych. W sumie, tym razem miał nawet o jeden powód mniej, niż za pierwszym razem. Za pierwszym razem nie miał numeru Mamy Warkoczyków w swoim telefonie ani nie wiedział, że na portalach społecznościowych należy jej szukać pod "Tina Potter-Cobain". W razie czego mógł spokojnie wyjaśnić, że przyszedł dla starej znajomej, z którą od lat nie miał żadnego kontaktu.

A teraz?

- [D] I co, dalej nie śpiewasz?

Dawid zdecydowanie nie był z tego rodzaju ludzi, którzy łatwo dają za wygraną.

- [A] Śpiewać w taki wieczór? Nie wydaje ci się, że to trochę niestosowne?
- [D] A to czemu?
- [A] Mamy przecież przełom października i listopada. Czas zadumy i żałoby. Ewentualnie czas mroku, strachu i dusz potępionych. W tym czasie, śpiewanie czegokolwiek, może poza "Wiecznym odpoczywaniem", jest wysoce niestosowne. Babcia cię tego nie nauczyła?
- [S] Nie wiem, jak to jest u heretyków. Jeśli o nas chodzi, to śpiewamy nawet w Wielkim Poście. O Gorzkich Żalach słyszał?

Nie tylko słyszał, ale nawet słuchał.

Nie zapomniał głosów starszych pań, które zbierały się w każdą niedzielę Wielkiego Postu, by opłakiwać Syna Maryi. Prawdę mówiąc, bardzo lubił te żałobne popołudnia. Gorzkie Żale to nie żadne starożytne psalmy czy średniowieczne chorały. To raczej zwyczajne, bardzo przaśne, bardzo przestarzałe teksty. Repertuar doskonały dla osób 60+. W internecie można przeczytać, że Gorzkie Żale były pierwotnie oparte na osiemnastowiecznej Jutrzni, czyli dzisiejszej brewiarzowej Godzinie Czytań. Liturgicznie, czyli całkiem szlachetnie. Niestety, dziś mamy wiek dwudziesty pierwszy, a nie osiemnasty. Dzisiaj z "żalu, który duszę ściska", wyśmiewają się kabarety i durnowate kreskówki dla dorosłych z Zespołem Opóźnionej Dojrzałości Kulturowej. A jeśli ktoś mówi o sobie, że jest "tak żałosny", świadczy to o wyjątkowo niskiej samoocenie, a nie o żałobie.

Tak naprawdę czekał na dwa momenty. Pierwszym była tak zwana "Pobudka". Uwielbiał ten tekst. Uwielbiał tę melodię. Normalnie nienawidził wielkopostnych pieśni. Najbardziej nienawidził słuchania parafialnej wersji utworu "Wisi na krzyżu" podczas święcenia pokarmów w Wielką Sobotę, w towarzystwie odświętnie i kolorowo ubranych dzieciaków z odświętnymi i kolorowymi koszyczkami. Wikary zawsze rozpoczynał ceremonię od tej pieśni. A to przecież takie niestosowne. Śpiewać o "zawieraniu oczu" albo o "boku, z którego krew ciecze" przy dzieciakach, w samym środku zielono-czekoladowych ferii.

Ale "Pobudkę" uwielbiał. W książkach, które czytał, zawsze był jakiś fantastyczny świat, zagrożony upadkiem lub podbity przez złe siły. W każdym takim świecie musiała być grupka rebeliantów, których celem było pokonanie tyrana. Władza uspokaja i oszukuje swych magicznych poddanych, aż przychodzi ten moment, kiedy "słońce, gwiazdy omdlewają, z grobów umarli powstają". W tym momencie na scenie pojawia się jakiś dzieciak ze świata samochodów i telewizorów, który co prawda nie umie poradzić sobie ze szkolnymi łobuzami i wredną ciotką, ale za to doskonale zna się na ratowaniu czarodziejskich cywilizacji. Tak właśnie pachniała mu "Pobudka" z Gorzkich Żali. Jak zniszczony, chylący się ku upadkowi magiczny świat, opłakujący swoje Dziecko Niespodziankę, Syna Obietnicy, Wybrańca Przeznaczenia. Nawet fałszowanie organisty nie było w stanie odebrać tej melodii nastroju. Drugi moment, który go poruszał, był na samym końcu. Cała parafia prosiła wtedy na kolanach o wybawienie od "powietrza, głodu, ognia i wojny", a nade wszystko od "nagłej, a niespodziewanej śmierci". Ta melodia także pachniała upadającym światem. Ale miała jeszcze jeden zapach.

Znał ten zapach z własnego domu.

- [D] Poza tym, Wszystkich Świętych to dzień uroczysty, a nie pokutny. Dzień, kiedy powinno się śpiewać "Alleluja" na cześć wszystkich zbawionych! To ich święto.
- [A] Aha. Skąd w takim razie te wszystkie znicze i kazania o czyśćcu?
- [T] Może po to, żeby jak najwięcej dusz mogło dołączyć tego dnia do grona świętujących? Liczba mieszkańców Nieba wciąż rośnie, ale niektórzy muszą długo czekać na wejściówkę.
- [A] A większość i tak nie ma na nią szans.
- [D] Hej! Skąd ten pesymizm?
- [A] Apokalipsa podaje konkretną liczbę wybranych. Policz sobie, ilu ludzi już zmarło po Adamie, a potem dodaj sobie tych wszystkich, którzy zejdą z tego świata przed nadejściem Paruzji. Porównaj wynik z tym podanym w Biblii. Wasi święci to mniej niż jeden procent ludzkości. Sporo mniej.
- [S] Nie wiem, jaką Apokalipsę czyta się u heretyków, ale w naszej wersji pisze...
- [A] ... jest napisane.
- [S] Dobra, purysto! Znalazłem. Wy, heretycy, lubicie Pismo Święte, nie? Solo scripture czy coś?
- [A] Sola scriptura. Obrządek łaciński czy coś.
- [ S] Właśnie, purysto. Słuchaj tego! Siglum: Ap 7,9. "Potem ujrzałem: a oto wielki tłum, którego nikt nie mógł policzyć, z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków, stojący przed tronem i przed Barankiem".
- [D] Czyli co? Wcześniej Jan jakoś umiał policzyć opieczętowanych. Wyszło mu sto czterdzieści cztery tysiące. Teraz znów staje przed wielkim tłumem, i co? Czemu nie podaje ich liczby? Nie chce mu się? 

Cholera.
Niezły zawodnik.

Samson miał w kieszeni smartfona. W tym smartfonie miał Pismo Święte. W razie spotkania trzeciego stopnia z heretykiem, mógł w każdej chwili rzucić jakimś cytatem. Jak każdy heretyk, Pan Heretyk był przekonany, że katolicy nie czytają Pisma Świętego. Widać musieli nauczyć się czegoś od Świadków Jehowy.

- [A] Plany na jutro?
- [T] Z samego rana jedziemy z teściami i Gracją na grób Alana.
- [A] A wieczorem?
- [T] To zaproszenie na randkę? W dniu Wszystkich Świętych? Ktoś tutaj mówił coś o niestosownych zachowaniach.

Randka?

Przez cały wieczór Pan Heretyk myślał o swoim dzieciństwie. Nie tylko o starym organiście i chórze parafialnym. Pamiętał, że co roku, w wigilię Wszystkich Świętych, zapraszał do siebie swoją przyjaciółkę. Rodzina małej Tiny była zbyt mugolska, by mogli spotykać się u niej w domu. Nie tylko w wigilię Wszystkich Świętych. Rodzina małej Tiny nie znosiła małego Augustyna. Ich zdaniem, mały Augustyn był zbyt dziwaczny, a jego matka miała zbyt mało koleżanek, żeby opłacało się utrzymywać z nimi jakiekolwiek kontakty. Na szczęście, mama małego Augustyna wprost uwielbiała małą Tinę. Gdy dziewczynka odwiedzała ich dom, grobowiec zamieniał się w miejsce czarodziejskie, spokojne i nawet miłe. W takich chwilach mama małego Augustyna  uśmiechała się i podawała dzieciom herbatę. Czasami były też ciastka. Mama małego Augustyna była cukiernikiem doskonałym. Niestety, odkąd tata małego Augustyna wyjechał do wielkiego miasta, nie było już dla kogo, ani nawet za co piec tego wszystkiego.

Randka?
Co te katolickie panny mają w tych głowach.