piątek, 7 lipca 2017

10. Psoty

- Nie musiałeś wtedy wychodzić.

Możliwość, że mogą go zwyczajnie nie lubić, nie przyszła jej nawet do głowy. Jej świat dzielił się na Przyjaciół i Mugoli. Przyjaciel może nie lubić Mugola, ale nie może nie lubić Przyjaciela.

- Jasne. Mogłem poczekać, aż twój kolega zadzwoni po kumpli z widłami.
- Gruba przesada. Myślałam, że włączysz się w nasz projekt.

Przed oczami Pana Heretyka stanął przerażający obrazek.
Ruchliwa ulica.
Jaskrawa koszulka.
Jakieś kartki w ręku.
Przechodnie uciekają wzrokiem.
Zadanie? Złapać, ilu się da.
To niech już będzie banda z widłami.

- Wybacz. Niestety, nie należę do tego typu ludzi, którzy w wolnym czasie lubią sobie pozaczepiać przechodniów. To ty jesteś specjalistką od takich rzeczy.
- Nie wszyscy wolontariusze muszą robić to samo. Słyszałeś kiedyś o kreatywności? U nas na psychologii dużo o tym rozmawiamy. Mogę ci podesłać parę książek. Albo polecić jakiś kurs.
- Książki, kreatywność, miłosierdzie, niech zgadnę... pewnie mam wam namalować jakiś obrazek?
- Z malowaniem może bez przesady, ale gdybyś znał się na grafice...
- Dobra. Koniec psot. Nie pasuję do twojego Zakonu Feniksa, pogódź się z tym.
- A właśnie, skoro o zakonach mowa. Indeks organizuje imprezę na Holy Wins. Dawid kazał zapytać, czy zabierasz osobę towarzyszącą.

No dobrze.

Mówienie językami. Rozumiem. Sztuczki z czytaniem globalnym. Rozumiem. Wojna ze Śmierciożercami. Doskonale rozumiem. Naprawdę, wszystko rozumiem. Ale świętowanie wigilii Wszystkich Świętych na terenie katolickiego klasztoru? Katolickiego. Ba! Dominikańskiego!

Czytelnikom Niezorientowanym wyjaśnię, że trzydziestego pierwszego października w wielu miejscach na świecie obchodzone jest międzynarodowe święto pogaństwa, satanizmu i wszelkich zagrożeń duchowych. To najważniejsza data w kalendarzu każdego Amerykanina i każdego miłośnika fantastyki. Ludziom wierzącym dzień ten nie kojarzy się zbyt dobrze. Najczęściej z odprawianiem orgii i różnych niebezpiecznych rytuałów, po których kolejka do egzorcysty wyraźnie się wydłuża. Orgie i niebezpieczne rytuały to nie jest coś, w czym należy brać udział. W tej kwestii wyznawcy Chrystusa wyjątkowo zgadzają się ze Świadkami Jehowy.

Przy okazji.
Dla Świadków Jehowy świętowanie jakiegokolwiek dnia, nawet urodzin, jest rzeczą zakazaną.

- Człowieku, daj spokój. Gadasz jak moja babcia!
- Myślałem, że nawróciłaś się na katolicyzm.
- Naprawdę uważasz, że katolikom nie wolno świętować w noc z trzydziestego pierwszego października na pierwszego listopada?
- Słyszałaś, co mówiła twoja babcia.
- Okej. W takim razie, od początku. Jaki status w kalendarzu liturgicznym ma pierwszy dzień listopada?
- Jest to święto nakazane.
- A każde święto nakazane ma rangę...
- ... uroczystości.
- Bardzo dobrze! To teraz pytanie z gwiazdką. Świętowanie uroczystości, według kalendarza liturgicznego, zaczyna się...
- ... pierwszymi nieszporami uroczystości, odprawianymi wieczorem dnia poprzedniego.
- A więc, świętowanie każdej uroczystości rozpoczyna się...
- ... w wigilię uroczystości, po zachodzie słońca. O to ci chodzi?
- Geniusz! Nie wiem, kto przygotowywał cię do bierzmowania, ale człowiek zasługuje na tytuł Katechety Roku.

Przez chwilę zastanawiałem się, czy wspomnieć o największej porażce mojego katechety z gimnazjum, a mianowicie o tym, że aż pięcioro uczniów z naszej klasy do bierzmowania nie przystąpiło. Przynajmniej nie w tym roku liturgicznym, w którym mieli ten sakrament przyjąć według ustaleń proboszcza. Jak się pewnie domyślacie, jedną z tych zbuntowanych osób byłem ja. Gdyby cała uroczystość odbyła się w klasie drugiej albo zaraz po egzaminach w klasie trzeciej, całkiem możliwe, że byłbym wtedy jednym z bierzmowanych. Ale nasz rocznik miał przystąpić do sakramentu po ukończeniu gimnazjum, we wrześniu. Tak się złożyło, że mnie już wtedy na terenie parafii nie było. Byłem już wtedy na terenie innej diecezji. Jak już wspomniałem, w czerwcu odebrałem świadectwo i wyjechałem do wielkiego miasta. Spaliłem za sobą wszystkie mosty - a w każdym razie ten, który prowadził do domu mojej matki. To chyba zrozumiałe, że nie zamierzałem wracać na żadne uroczystości. Poza tym, dwa miesiące wakacji w wielkim mieście wystarczyły, żebym przestał się modlić, spowiadać czy chodzić na niedzielną Mszę Świętą. To chyba trochę bez sensu, przystępować do bierzmowania zaraz po podjęciu decyzji o porzuceniu praktyk religijnych.
Nie żeby wcześniej moje praktyki religijne były szczere. Każdej niedzieli byłem na Mszy Świętej, co miesiąc wyznawałem w konfesjonale zmyślone grzechy, raz na jakiś czas przystępowałem do Komunii. Tu nie chodziło o Boga, tylko o moją mamę. Nie chciałem, żeby myślała, że dzieje się ze mną coś złego. Straciła wszystko, co było dla niej cenne. Tylko ja jej zostałem. Grzeczny, spokojny, zamknięty w sobie chłopaczek. W wieku szesnastu lat uświadomiłem sobie, że nie uratuję jej życia, zostając w grobowcu.
Oczywiście, w liceum także mieliśmy katechezę, ale ojciec bez problemu wypisał mi zwolnienie. Nie potrzebowałem żadnego innego aktu apostazji. Nigdy zresztą nie uważałem się za ateistę. Nie byłem nawet agnostykiem. Nie wątpiłem w Jego istnienie. Po prostu przestałem praktykować.

- Świętowanie zaczynamy nieszporami i Litanią do Wszystkich Świętych. Myślimy też o wprowadzeniu elementów czuwania, na przykład godzinnej adoracji Najświętszego Sakramentu. Trzeba będzie tylko skombinować skądś jakieś teksty do rozważań, rozumiesz, takie z refleksjami różnych świętych na temat Eucharystii, świętości, życia po śmierci i tak dalej. Później, coś koło godziny dwudziestej drugiej, będzie uczta w siedzibie Indeksu.
- Eucharystia?
- Nie, zwykłe ciasto i chipsy.
- Czyli plan waszej imprezy nie obejmuje wypełnienia obowiązku uczestnictwa we Mszy Świętej w dniu nakazanym?
- Nie, ponieważ wszyscy i tak wybierają się następnego dnia na groby i uczestniczą we Mszy z rodziną.
- No tak. Tylko jak ci wszyscy wstaną na te groby następnego dnia po takiej imprezie?
- A co mają nie wstać? Pierwszego stycznia, po imprezie sylwestrowej, jakoś wszyscy wstają. To też święto nakazane. Nikt nie musi wtedy spać, nikt nie rezygnuje ani z tańca, ani z szampana, ani z Eucharystii następnego dnia. Nasze Holy Wins to będzie zresztą coś bardzo skromnego, w porównaniu z Sylwestrem. Po prostu jakiś seans filmowy, może chłopaki coś zagrają na gitarach. Ale bez szaleństw. Rozumiesz, naszą salą będzie siedziba Indeksu, czytaj teren klasztoru ojców dominikanów. Ojcowie wyrażają zgodę na naszą obecność, ale tej nocy będą nastawieni na sen, a nie na tańce.
- Wrzaski i heavy metal raczej odpadają? Szkoda.
- Moglibyśmy pójść gdzieś do klubu, gdyby poganie nie zarezerwowali na ten wieczór wszystkich lokali.
- To młodzież katolicka chodzi do klubów?
- Znasz jakiś lokal, gdzie przy wejściu sprawdzają ci dokument potwierdzający niekatolickość?
- Nie. Znam za to kilku księży, którzy chętnie wprowadziliby ekskomunikę za uczestnictwo w dyskotece.
- Kto jak kto, ale ty powinieneś umieć odróżnić katolickiego księdza od purytańskiego pastora. Kiedy byłeś mały, chciałeś zostać biskupem, pamiętasz?

Nie wiedziałem, że tamto popołudnie zapadło jej tak głęboko w pamięć.

Któregoś dnia mały Augustyn i mała Tina siedzieli na placu zabaw przed małą szkołą podstawową w swojej małej miejscowości. Dyskutowali właśnie na temat konieczności wprowadzenia zmian w programie nauczania wróżbiarstwa w magicznych szkołach podstawowych, gdy podeszła do nich grupka Prymitywów. Prymitywy były to istoty rodzaju ludzkiego, uczęszczające do tej samej klasy, co mały Augustyn i mała Tina, charakteryzujące się alergią na książki i wysokim stężeniem mugolstwa we krwi. Nie zrozumcie mnie źle. Mały Augustyn i mała Tina zawsze opowiadali się za równym traktowaniem osób magicznych i niemagicznych, a także gorąco sprzeciwiali się dyskryminacji czarownic i czarodziejów niemagicznego pochodzenia.

Ale Prymitywy to Prymitywy.

Żegnani śmiechem Prymitywów i pioseneczką "Zakochana para", mały Augustyn i mała Tina opuścili teren placu zabaw i skierowali się w stronę swoich domów. Po drodze mały Augustyn obiecał swojej Przyjaciółce, że kiedy dorośnie, zostanie wielkim biskupem, a wtedy nałoży na Prymitywów wszystkie anatemy i ekskomuniki, jakie tylko są dostępne w prawie kościelnym. Wtedy mała Tina ucieszyła się i powiedziała, że w takim razie ona też zostanie biskupem.

Przez kolejny tydzień mały Augustyn szukał sposobu na to, jak przekonać swoją koleżankę do zmiany planów zawodowych.






niedziela, 7 maja 2017

9. Profesjonalista

Rozdział IV. Część II

A - Augustyn
F - Faustyna
Go - Gość z Pewnej Organizacji ProLife

- [F] O, cholera!...

Przyjaciółka Pana Heretyka miała tendencję do wpadania w niekończące się monologi podczas rozmów na tematy dla niej ważne. Podobno właściwość ta jest patologiczna w przypadku mężczyzn i całkowicie normalna u kobiet. Bez zagłębiania się w klimaty genderowe, możemy stwierdzić, że większość ludzi obojga płci bardzo nie lubi słuchać takich monologów. Normalny człowiek wpada w irytację, gdy jeden i ten sam temat rozmowy utrzymuje się dłużej niż pięć minut. Normalny człowiek zasypia na wykładzie czy na kazaniu. Pan Heretyk akurat lubił monologi. Sam o sobie mówić nie lubił. Lubił ludzi szczerych i otwartych, którzy mówili o sobie tak dużo, że nie zostawiali mu nawet minuty na opowiadanie pod tytułem "Moje życie wewnętrzne". Pan Heretyk nie oglądał seriali. Domyślał się jednak, że nałogowi oglądacze fascynują się tymi wszystkimi historiami z tego samego powodu, dla którego on sam chętnie słuchał monologów i czytał książki.

Przy nich zapominał o tym, że ma w ogóle jakieś życie wewnętrzne. Monologi ekstrawertyków pozwalały mu na przyjmowanie roli obserwatora. Szanownego Pana Redaktora. Istoty rodem ze sterylnego, rozświetlonego studia telewizyjnego. Kogoś, kto pyta ludzi o ich problemy, choć sam nic nie wie o realnym życiu. Pan Redaktor jest od tego, żeby mieć ładne uzębienie, dobry make-up i przyjemny głos. Musi znać się na zegarku i orientować się w kalendarzu, żeby kontrolować czas antenowy i dobierać tematy według pór roku. Ma wyszukiwać śmieszne obrazki w sieci, przedstawiać interesujących ludzi i zadawać pytania. Jego własna historia nie może być bardziej zajmująca niż te, które przedstawia widzom. Najlepiej, żeby w ogóle nie miał własnej historii. Pan Redaktor wypytuje swoich gości o ich zwyczaje świąteczne, ale sam nie może świętować. Żeby świętować, musiałby w pewnym momencie przeprosić swoich gości, opuścić sterylne studio i biec do domu. A przecież ktoś musi złożyć widzom życzenia na wizji. 

- [A] "O cholera"? Takie słownictwo w ustach pobożnej niewiasty?
-  [F] Pobożna niewiasta właśnie spóźnia się na ważne spotkanie!

W sumie nie prosiła, żeby jej towarzyszył. Po prostu dopił kawę (zapomniał, że miał w planach zamówić jeszcze jedną), ubrał się i wyszedł za nią. W tramwaju dowiedział się, że zmierzają do siedziby lokalnego oddziału pewnej organizacji pro-life. Organizacja ma zasięg ogólnokrajowy i właśnie przygotowuje się do nowej, ogólnokrajowej akcji. Wrodzona ciekawość kazała Panu Heretykowi zapytać, jak to możliwe, że studentka drugiego roku i samotna matka ma jeszcze czas na akcje ogólnokrajowe. Przyjaciółka Pana Heretyka stwierdziła, że dla kogoś, kto codziennie uczestniczy w Eucharystii, nie ma spraw nie do załatwienia. Po chwili dodała, że jej teściowa jest wzorową babcią, a na wykład można czasem nie przyjść.

Na miejscu Pan Heretyk miał przyjemność poznać najstarszą siostrę Dawida, Agnieszkę. Agnieszka właśnie skończyła dziewiętnaście lat. Była już po maturze i wreszcie mogła zacząć angażować się jako obywatelka. Teoretycznie mogła zacząć angażować się już wcześniej, ale wcześniej jej podpis nie miał znaczenia. Dawid nie mógł być obecny tego dnia, jednak kazał przekazać wszystkim zebranym, że popiera akcję całym sercem i potwierdza swoją gotowość bojową. Militarna terminologia katolików, a zwłaszcza obrońców życia, zawsze budziła w Panu Heretyku dziwne uczucie. Coś jak po wypiciu trzech napojów energetycznych i podwójnego espresso. 

Albo jak po porażeniu prądem. 

Na spotkaniu było około dziesięć osób. Głównie kobiety. Głównie młode. Chociaż nie tylko. Był na przykład jeden starszy pan. Całkiem siwy i prawie całkiem głuchy. Uprzedzę wasze pytanie. Starszy pan nie był kapłanem. Same świeckie osoby. Jeśli wśród obecnych była jakaś dziewica konsekrowana, to działała incognito. Stwierdzenie liczby dziewic, konsekrowanych i świeckich, w danej grupie osób jest generalnie sprawą niełatwą dla zwykłego obserwatora. Stwierdzenie liczby matek jest stosunkowo łatwiejsze. Pan Heretyk szybko ustalił, że na sali są co najmniej dwie mamy - Mama Warkoczyków i tamta brunetka w zaawansowanej ciąży, trzymająca za rękę tamtego bruneta. Panu Heretykowi wystarczył rzut oka na ich dłonie, by stwierdzić, że ma do czynienia z małżeństwem.

Pan Heretyk przybył na spotkanie lokalnego oddziału ogólnokrajowej organizacji pro-life dnia piętnastego października. Było to dzień po czternastym października, po Dniu Nauczyciela, kiedy to Pan Heretyk poznał Minionka. Dzień piętnasty października w świecie obrońców życia jest obchodzony jako Dzień Dziecka Utraconego. Chodzi głównie o istoty ludzkie, które zmarły przed narodzeniem. Ale można tego dnia wspominać również istoty ludzkie zmarłe w wieku noworodkowym. Pomiędzy płodem a noworodkiem nie ma jakiejś zasadniczej różnicy, poza miejscem przebywania. Wśród dzieci ośmiomiesięcznych i dziewięciomiesięcznych, licząc od poczęcia, znajdziemy zarówno noworodki, jak i płody. Dzieci te funkcjonują w sumie na jednym i tym samym poziomie. Zapamiętują dźwięki i zapachy, reagują na bodźce dotykowe i na zmianę światła, potrafią ssać, połykać, poruszać kończynami i zaciskać dłoń na pępowinie albo na palcu opiekuna. Ponadto noworodki samodzielnie oddychają, przyjmują pokarm i wydalają, płody natomiast wykorzystują do tego częściowo organizm matki. Czasem to tylko różnica środowiska. Płód w ostatnich tygodniach ciąży zwykle jest już na tyle sprawny, że w sumie mógłby sam ogarniać swoje czynności życiowe. Mógłby dać mamie spokój. Mógłby się już urodzić. Z drugiej strony, zdarza się, że noworodek jest słaby, delikatny. Mało płacze, średnio radzi sobie ze ssaniem. Mógłby sobie jeszcze popływać w macicy. 

-  [Go] W tym roku ruszamy z projektem ustawy przeciwko aborcji eugenicznej. Aborcja eugeniczna to prawdziwa plaga. Ponad 90% aborcji wykonywanych legalnie w naszych szpitalach to zabójstwa dokonywane na dzieciach z wadami wrodzonymi. Zabija się je, bo wykryto u nich "ciężkie i nieodwracalne uszkodzenie". Wystarczy, że lekarz podpisze papierek stwierdzający istnienie wady, jakiejkolwiek wady. I można zabić. Czas z tym skończyć! Jeśli projekt przejdzie, zmniejszymy liczbę zabójstw prenatalnych o ponad 90%!

-  [A] Kiedy ci mordercy stali się tacy praworządni?

O, cholera.
Nie wypada.

- [Go] Chyba wszyscy zgadzamy się, że aborcja musi zostać zakazana?

Gość, który przemawiał, nie miał jeszcze trzydziestu lat. Ale był profesjonalistą. Żołnierzem.
I miał uczulenie na herezję.

-  [A] Chciałem tylko powiedzieć, że prawdziwego przestępcę interesuje wszystko oprócz prawa. 
-  [F] Czekaj. Co masz na myśli?
- [A] To, że prawo można obejść. Dzisiaj, żeby dokonać aborcji na życzenie, wystarczy sfałszować dokumenty. W papierach musi być stwierdzona wada płodu. Ale przecież po aborcji nikt nie sprawdza, czy dziecko faktycznie miało jakąś wadę.
- [Go] Od lat wysyłamy pisma do dyrektorów szpitali w całym kraju i do Ministerstwa Zdrowia, z żądaniem udostępnienia szczegółowych informacji na temat dzieci zabijanych z tytułu trzeciej przesłanki. 
-  [A] Super. Ile odpowiedzi otrzymaliście?
-  [F] Zero.
- [A] No właśnie. Kiedy aborcja eugeniczna przestanie być legalna, lekarze dalej będą fałszować dokumenty. Zamiast tysiąca płodów z zespołem Downa, będziemy mieli tysiąc potomków gwałcicieli albo tysiąc przypadków ciąży zagrażającej życiu matki. Formalnie. W końcu, kto to sprawdzi? Nie zmieni się wiele. Będą zabijać płody zdrowe, będą zabijać płody niewłaściwie zdiagnozowane, będą zabijać płody upośledzone. Po prostu w papierach będą wpisane inne numerki czy co tam się wpisuje. 
- [F] Znowu bez przesady. Taki nagły wzrost liczby przestępstw na tle seksualnym chyba musiałby wzbudzić czyjeś wątpliwości? 
-  [A] Ale czy coś takiego zainteresuje którekolwiek ministerstwo albo chociażby prokuraturę? Wątpię. Poza tym, prawdziwa feministka już jakoś tam załatwi sobie wyjazd za granicę. Tak podobno robią konserwatywne rodziny muzułmańskie, zamieszkałe na Zachodzie. Żeby dokonać rytualnego okaleczenia córki, wysyłają ją na wakacje do Afryki. Potem wystarczy sprowadzić ją z powrotem i unikać badań ginekologicznych w państwowych placówkach służby zdrowia.  
-  [Go] Gościu, jak ci się nie podoba, to idź do feminazistek i daj porządnym ludziom pracować. W ogóle to powinieneś się cieszyć, że cię matka nie wyskrobała! 

Jak widzicie, pierwsza wizyta Pana Heretyka w siedzibie lokalnej organizacji pro-life nie była zbyt miła. Prawdę mówiąc, Pan Heretyk wychodził z tego spotkania z gorzkim smakiem w ustach. I nie był to smak żadnej z czterech kaw, które wypił wcześniej tego dnia. 

Wieczorem Pan Heretyk dłużej przyglądał się sobie w lustrze. Normalnie unikał szczegółowego analizowania swojego wyglądu. Nigdy nie uważał się za przystojniaka. Pryszcze zniknęły z jego twarzy na pierwszym roku studiów, jednak reszta szczegółów miała już na zawsze pozostać bez zmian. Pan Heretyk był człowiekiem wysokim. Zaczął rosnąć bardzo szybko, w związku z czym bardzo szybko zaczął się garbić. Niestety, w jego przypadku za wzrostem kości nie poszedł przyrost mięśni. Pan Heretyk nie należał do osób umiarkowanych, gdy chodzi o jedzenie. Przynajmniej nie uważał się za osobę umiarkowaną w tej kwestii. Prawda, w wieku siedemnastu lat przeszedł na dietę wegetariańską, ale jadł całkiem dużo i wcale nie tak zdrowo. Należał przy tym do tych osób, które nie byłyby w stanie przytyć nawet na diecie przeznaczonej dla zawodników sumo. Sorry, takie mamy geny. Pan Heretyk był chudy, blady i po prostu nic nie dało się z tym zrobić. 

Tamtego wieczoru dłużej przyglądał się swojej twarzy. 
Tak, to prawda. Miał jasne włosy i bardzo jasne oczy. Był też wysoki.

Ale bez przesady. Przecież nie wyglądał na nazistę. 

Za mało mięśni. 





poniedziałek, 26 grudnia 2016

8. Panienka


"Halloween wcale nie jest wesołe. To sarkastyczne święto odzwierciedla raczej piekielną rządzę zemsty, jaką dzieci żywią wobec świata dorosłych. [...] nie przez przypadek niektórzy wbijają igły lub żyletki w rozdawane małym prześladowcom jabłka i ciastka."

/Jean Baudrillard, Ameryka/


Pan Heretyk poznał Minionka czternastego października. Tak się złożyło, że mógł tego dnia dłużej towarzyszyć jemu i jego opiekunowi w drodze ze szkoły do domu. Rozmowa w dość naturalny sposób przeszła od życia w rodzinie wielodzietnej i problemów związanych z alternatywnymi metodami nauczania na walkę z eugeniczno-proaborcyjnym systemem społecznym.

Pan Heretyk dowiedział się, że współczesne giganty działające na rzecz świadomego rodzicielstwa wywodzą się bezpośrednio z organizacji eugenicznych i rasistowskich. Wszystko zaczęło się w latach dwudziestych, a więc na krótko przed powstaniem obozów zagłady. Pierwsze projekty redukcji urodzeń zakładały sterylizację jednostek upośledzonych umysłowo. Do upośledzonych umysłowo zaliczano wtedy przede wszystkim kobiety niezaradne życiowo - prostytutki, imigrantki, przedstawicielki mniejszości rasowych i etnicznych, analfabetki, samotne matki, pacjentki szpitali psychiatrycznych. Oczywiście, niezaradni życiowo mężczyźni również nie mogli czuć się bezpiecznie. Dawid wyjaśnił Heretykowi, że gdy w latach trzydziestych naziści zaczęli wprowadzać swoje pomysły na "ostateczne rozwiązanie", mniej radykalne projekty tego rodzaju były już dobrze znane w Ameryce i w krajach skandynawskich. Na terenie Szwecji idee te rozwijały się radośnie jeszcze w latach siedemdziesiątych. W Stanach i w Kanadzie większość organizacji eugenicznych zadowoliła się zmianą nazwy. Tym największym udało się nawet uzyskać poparcie kolejnych rządów i rozwinąć już istniejącą sieć klinik. Dotacji nie straciły nawet po tym, jak działacze pro-life nagrali rozmowę podstawionego gościa z pracownicą aborcyjną. Rozmowa dotyczyła szczegółów handlu tkankami płodowymi na czarnym rynku.

Po przedstawieniu tych wszystkich rewelacji, Psalmista przeszedł do pism starotestamentalnych. Skupił się na żydowskich ustawach o ochronie życia poczętego i na straszliwych skutkach zamiany religii mojżeszowej na kult Molocha. Stwierdził, że mordowanie dzieci jest rzeczą zawsze z gruntu pogańską.

- Wiem, co powiesz. A co z Abrahamem i Izaakiem? To też pogaństwo? Ale zauważ, że Jahwe ostatecznie nie dał chłopakowi zginąć.
- Abraham był problemem dla Kierkegaarda, nie dla mnie.
- Dla kogo?
- A takiego skandynawskiego Sokratesa.
- A, spoko.
- Ja zawsze miałem problem z innym fragmentem. Takim trochę późniejszym. Z Księgi Sędziów.
- Dajesz!

Heretyk przez chwilę wahał się, czy w ogóle przypominać Psalmiście tę historię.

Może i jesteś bezbożnym heretykiem, ale to nie wypada. Biblijny Dawid pojawia się dopiero parę ksiąg później. Ani on, ani tym bardziej żaden jego imiennik, w żaden sposób nie odpowiada za to, co działo się wcześniej, w czasie bezkrólewia. Poza tym, prowadzicie teraz ciekawą, kulturalną, miłą rozmowę. Twój rozmówca może i jest katolem, ale nie gada tak całkiem od rzeczy. Jak tylko o "tym" wspomnisz, zrobi mu się przykro. Jak biblijnemu Dawidowi po wypadku Uzzy podczas pierwszej próby wprowadzenia Arki do Jerozolimy. Chcesz tego?

Chwila nigdy nie trwa długo.

- Wyjaśnij mi, jak to było z córką Jeftego?

Mówiłem, że nie wypada?...

Jefte pojawia się w Księdze Sędziów. Człowiek ten obiecał Bogu, że jeśli uda mu się odnieść zwycięstwo nad wrogami, po powrocie do domu złoży w ofierze całopalnej pierwszą istotę, która wybiegnie mu na spotkanie. Oczywiście, Jefte bitwę wygrał. Istotą, która pierwsza wybiegła mu na spotkanie, była jego córka.

Córka Jeftego, w odróżnieniu od syna Abrahama, nie została oszczędzona.

Razem z Uśmiechem, z twarzy Dawida od razu zeszły Pasja i Pewność Siebie. Psalmista nic już nie mówił aż do najbliższego przystanku tramwajowego. Heretyk poczekał, aż bracia wsiądą do pojazdu, odmachał Minionkowi i zapalił papierosa. Miał wypalić tego dnia jeszcze wiele takich papierosów. Więcej, niż miał w zwyczaju.

Tego wieczoru rozmyślał o wielu sprawach. Wpisał sobie w przeglądarce hasło "moloch". Dowiedział się, że część archeologów wątpi w prawdziwość opowieści o niemowlętach spalanych żywcem. Twierdzą oni, że odnalezione prochy dzieci, wymieszane z prochami jagniąt i koźląt, nie świadczą jeszcze o tym, że ofiary palono żywcem. Być może chodziło o dzieci martwo urodzone i zmarłe z przyczyn naturalnych, których ciała poddawano kremacji według ówczesnych zwyczajów pogrzebowych. Potem jeden naród, nieprzychylny drugiemu, zaczął rozpowiadać obrzydliwe plotki o zwyczajach sąsiadów. Pisarze to zapisali i tak powstał Stary Testament.

Heretyk przypomniał sobie, jak kilka tygodni wcześniej natrafił na artykuł o kontrowersjach związanych z pewną firmą farmaceutyczną, zajmującą się produkcją szczepionek. Świat obiegła informacja, że szczepionki tej firmy są hodowane na ludzkich komórkach embrionalnych. Obrońcy firmy twierdzą, że wcale nie jest jasne, czy komórki te naprawdę uzyskano w wyniku aborcji. Może dziecko zmarło w łonie matki, a rodzice tylko przekazali ciało na cele naukowe. Zresztą, nawet jeśli dziecko było poddane aborcji, nikt przecież nie twierdzi, że zabito je w celu uzyskania materiału do produkcji szczepionek. Rodzice i tak chcieli je zabić. Dziecko byłoby martwe, nawet gdyby żadna firma farmaceutyczna nie była zainteresowana jego tkankami. A marnotrastwo to grzech.

Rano Heretyk musiał wypić nie jedną, a trzy kawy, żeby pozbyć się efektów niewyspania. Doszedł do wniosku, że będzie musiał zerwać z rozmyślaniem o nieprzyjemnych sprawach, jeśli nie chce wpaść za chwilę w jakieś uzależnienie. Około godziny trzeciej poziom kofeiny w jego organizmie spadł na tyle, że zamiast na obiad wybrał się do kawiarni. Wypije jeszcze dwie filiżanki, trochę poczyta i wszystko wróci do normy.

- Dzień dobry. Można się przysiąść?
- Hej! Jasne.
- Czyta Pani coś ciekawego?
- Ciekawego? Pan wybaczy, ale to dzieło jest tak dobre, że określenie "ciekawe" staje się niestosowne.
- Czyżby Pismo Święte?
- No nie, nie aż tak dobre. Ale, jak na historię miłosną, prawdziwa perełka.
- Historia miłosna?

Heretyk przyjrzał się bliżej okładce wspomnianej książki. Wydanie w miękkiej oprawie, dość znacznie pogniecione i zdarte na rogach. Ilustracja przedstawiała młodą dziewczynę w czarnym habicie, z zeszytem w rękach.

No tak. Od razu widać, że love story.

- Główna bohaterka nie wygląda na szczególnie zainteresowaną przygodami tego rodzaju.
- Czy wy, mężczyźni, macie jakiekolwiek pojęcie o Miłości? Nie widzi Pan, że dziewczyna na obrazku jest już po złożeniu ślubów swemu Ukochanemu?
- Oj, przepraszam! Nie domyśliłem się.
- Pewnie nie domyśla się Pan również, jak dramatyczne i fascynujące przygody spotkały główną bohaterkę na jej drodze do Miłości. Pan wybaczy, ale do zrozumienia pewnych spraw potrzeba odrobiny wrażliwości.

Przyjaciółka Pana Heretyka wyjaśniła mu, na czym polega fenomen Helenki - zahukanego dziewczęcia ze wsi, którego obrazy znajdują się dzisiaj w każdej szanującej się świątyni katolickiej. Helenka ukończyła trzy klasy szkoły podstawowej - dość, żeby nauczyć się alfabetu. Z zawodu była sprzątaczką. Żeby spełnić swoje największe marzenie, czyli wstąpić do zakonu, musiała uciec z domu do wielkiego miasta, do Warszawy. Gdy zaczynała pisać dzieło swojego życia, nikt nie przypuszczał, że stanie się jedną z najsłynniejszych autorek XX wieku. Ortografia stanowiła dla niej prawdziwe wyzwanie. Pierwsze rękopisy - jak na literacki fenomen przystało - trafiły do pieca czy innego kominka. Wiele razy słyszała, że z tak marnymi kompetencjami i z tak słabym zdrowiem o posadzie sekretarki u Pana Boga może tylko pomarzyć. Zresztą lepiej, żeby w ogóle dała sobie spokój z marzeniami. Jezus jest przecież Królem - królowie nie rozmawiają ze sprzątaczkami.

W dziele swojego życia Helenka opisuje, jak Miłość i Cierpienie mogą zmienić zakompleksioną panienkę w dojrzałą kobietę, gotową na wszystko dla swego Oblubieńca. Taka kobieta już nie przejmuje się zdaniem koleżanek. Nie zależy jej zupełnie na utrzymaniu wysokiego miejsca w hierarchii. Nie martwi się o swoją chorobę i o to, czy zdąży wypełnić powierzone jej zadanie. Zachowuje spokój bez względu na okoliczności. Nieważne, czy trzeba poradzić sobie z gigantycznym garnkiem ziemniaków, czy też z grupą podejrzanych facetów dobijających się do drzwi - nigdy nie wpada w panikę. Kłopoty i nędze wszelkiego rodzaju zna z własnego doświadczenia. Wyłapywanie z tłumu dusz zgnębionych przychodzi jej z łatwością - równie szybko potrafi takim duszom udzielić pomocy. Nie próbuje udowadniać swojej wartości przed ludźmi, którzy o duszy ludzkiej nie mają bladego pojęcia. Taka kobieta potrafi milczeć.

I potrafi pisać.

środa, 5 października 2016

7. Sztuczka



Cała ta sytuacja powodowała u mnie pewien dyskomfort. Wręcz lęk. Czego mogą uczyć się dzieci w takich szkołach? Czy one w ogóle czegokolwiek się uczą? Może po prostu trzymają je przywiązane do kaloryferów, aż ktoś się po nie nie zgłosi? Nie wiedziałem, jaką sztuczkę przygotował Dawid, ale ryzyko niepowodzenia, zwłaszcza z Minionkiem w roli gwiazdy programu, oceniłem szybko na dość wysokie. Maluch na pewno się ośmieszy, a ja będę musiał jakoś zareagować. Moja reakcja z pewnością będzie nieodpowiednia, i Dawid będzie mógł sobie podziękować.

Psalmista pokazał Minionkowi dwa kartoniki - jeden z napisem "Michał", drugi z napisem "Ela". Zapytał, gdzie jest imię Michasia. Chłopiec przedstawił się jako "Mijo" i wskazał kartonik numer jeden. Na dwóch kolejnych było napisane "Karol" i "Dawid". Psalmista zapytał teraz brata o swoje imię. Minionek wskazał kartonik numer dwa.

-   Widzisz? To się nazywa czytanie globalne.
-   Nauczył się tego w klasie pierwszej?
-   Ćwiczył już wcześniej, w przedszkolu. Od roku rozpoznaje już swoje imię na karteczkach. Teraz uczymy go rozpoznawać imiona członków rodziny i kolegów z klasy. Gdy dorośnie, będzie umiał się podpisać i przeczytać prosty tekst.
-   Umie też liczyć?
-  Prawdę mówiąc, matma to nie jego działka. Jak ma dobry dzień, to tam pięć kasztanów przeliczy, ale generalnie takie rzeczy go nudzą. Za to mają bardzo dużo przyrody, i tutaj może się popisać. Uwielbia dzikie zwierzęta, zwłaszcza egzotyczne. Rozpoznaje je na zdjęciach, umie je naśladować, ma mnóstwo kolorowanek z kotami i ptakami. Oczywiście, wiele zależy od dnia. Jak mu się chce, to zrobi bardzo dużo. A jak mu się nie chce, to leży pod ławką. Nawet przez godzinę. 
-   Skąd wiesz, co Minionek wie o kotach i ptakach, tak naprawdę? Czy on w ogóle mówi zdaniami?

Moja ciekawość znów wzięła górę nad grzecznością.

-  Czemu miałby nie mówić? Wiadomo, nie są to frazy wzięte z Mickiewicza czy innego Homera, ale jak trzeba, to się dogada. Niektórym trudno jest go zrozumieć, bo ma problemy z wymową. Czasem, jak ma lenia, ogranicza się do jednego słowa albo do dwóch. Ale to tylko czasem, normalnie używa zdań prostych. Tak naprawdę umie powiedzieć bardzo dużo, a rozumie jeszcze więcej. Tylko nie zawsze to pokazuje. Żeby rozgadał się tak na serio, to po pierwsze temat musi go zainteresować. Żadne tam cyferki i inne duperele. Albo musi mieć do kogoś poważny interes. Dopiero w takich sytuacjach pokazuje swoje prawdziwe zdolności komunikacyjne, z kombinatorstwem i manipulacją włącznie. No dobra, tylko tak gadam, tak naprawdę to świetny dzieciak. 
-   I co go tak interesuje, przykładowo?
- Zwierzątka. Gdy mama proponuje mu zabawę w liczenie kamyczków, nie widać po nim najmniejszego entuzjazmu. Po minucie ucieka z zabawkami pod stół i lekcja się kończy. Jeśli jednak w grę wchodzi książeczka ze zwierzątkami, od razu się ożywia. Gestykuluje, gada, naśladuje ruchy i dźwięki, wskazuje na kolejne obrazki. U Michasia wszystko musi być ze zwierzątkami, nawet szampon. Chyba, że znajdziemy tę samą rzecz w wersji z Minionkami. Minionki zwykle wygrywają ze zwierzątkami. Ze zwierzątek najbardziej fascynują go te egzotyczne. Uwielbia chodzić do zoo i oglądać filmy przyrodnicze. Następnie może się z nami dzielić swoimi odkryciami. Na przykład całkiem niedawno wpadł na to, dlaczego lwy biegają za antylopami. Wcześniej sądził chyba, że one to tak tylko się bawią. Musiał zobaczyć jakiś film przyrodniczy w telewizji i skojarzyć ze swoją książeczką. 

Dawid opowiadał mi o swojej rodzinie. Na przykład o swoim ojcu. Z jego opowieści wynikało, że to straszny człowiek. Nie tylko katolik. Patriota, wręcz narodowiec. Członek klubu strzeleckiego. Zagorzały kibic lokalnego klubu piłkarskiego. Do tego wszystkiego, z zawodu dentysta. Matka Dawida była higienistką stomatologiczną. Gdy nie zajmowała się dziećmi, pomagała mężowi w gabinecie. Generalnie jednak potomstwo interesowało ją bardziej niż narzędzia tortur. Uczyła je sama aż do czwartej klasy - wyjątkiem był Minionek, który wymagał opieki specjalistów-terapeutów, dlatego poszedł do przedszkola. Hobbystycznie zajmowała się ogrodnictwem, projektowaniem wnętrz i zdrowym odżywianiem.

Mówiąc krótko, kompletna patologia.

- Wiesz, strasznie kocham tę moją rodzinkę. Bez przerwy się z nimi kłócę, ale wiesz, bez nich nie byłbym sobą. Nie miałbym nawet przeciw komu się buntować! Moi rodzice są najlepsi na świecie. Nie mów im tego - staram się ich za bardzo nie rozpuszczać - ale tak jest. Są zawsze dla mnie. Dla nas. Nawet jak w domu jest totalny bajzel, to przecież jesteśmy razem. Wiele dzieciaków w szkole Minionka ma tylko mamę. A u nas to wszystko jeszcze się trzyma. To jest naprawdę ważne!

Zastanawiałem się, jakby to było - żyć w takiej rodzinie. Dzielić pokój z dwoma braćmi, w tym z jednym niepełnosprawnym. Przekrzykiwać się przy sobotnim śniadaniu. Modlić się przed niedzielnym obiadem. Co wieczór wykłócać się z siostrami o łazienkę. Nie znałem realiów życia z więcej niż dwiema osobami w jednym mieszkaniu. Po przeprowadzce do miasta musiałem nauczyć się wszystkiego. Sam brudzę, sam sprzątam. Sam gotuję, sam odkurzam, sam robię pranie, sam wynoszę śmieci. Sam piję kawę, sam przeglądam serwisy społecznościowe, sam czytam swoje książki. Żadnych braci, żadnych sióstr. Żadnych inkwizytorów przypominających o myciu zębów.

Prawda, na ostatnim roku studiów dołączyła do mnie jedna koleżanka. Gdy zrozumiała, że wesele, domek z ogródkiem, dwójka dzieci i pies rasy golden retriever to nie mój ideał życia, wygarnęła mi od gnojów i kretynów. Usunęła mnie ze znajomych w serwisie społecznościowym i przeprowadziła się do swojej siostry. A przecież nie okłamywałem jej. Nigdy nie obiecywałem jej małżeństwa. Najpierw spotykaliśmy się przez rok. Potem wspólnie uznaliśmy, że skoro ona tak często u mnie nocuje, to wspólne mieszkanie będzie bardziej ekonomiczne. Studiowaliśmy na tym samym kierunku. Razem jeździliśmy na zajęcia i razem z nich wracaliśmy. Ona myślała, że po studiach założymy śliczną rodzinkę. Była ateistką, zaangażowaną w jogę i zdrowe odżywianie. W grę wchodził tylko ślub cywilny. Mimo to marzyła o białej sukni. Wszystko sobie zaplanowała - wesele zaraz po obronie prac magisterskich, w rok po ślubie pierwsze dziecko, domek z ogródkiem do trzech lat. Ja tłumaczyłem jej, że pierścionka nigdy nie będzie. I nie będzie dzieci. Nie zrozumcie mnie źle. Gdyby dziecko się pojawiło, postarałbym się mu to wszystko jakoś wynagrodzić. Protestowałbym, gdyby Natalia chciała przerwać ciążę. Ciąża oznaczałaby, że pryszczaty kościotrup już zaistniał. W formie przypominającej bardziej zminiaturyzowanego kosmitę niż nastolatka z galopującą depresją, ale już zaistniał. Zaistniał i trzeba się nim zaopiekować. Nie pozwoliłbym na przerwanie jego życia. Nie wiem, co bym zrobił, ale bym nie pozwolił. Przynajmniej teraz tak myślę. Ale przecież dbałem o to, żeby ciąży w ogóle nie było. Byłem odpowiedzialnym facetem. Zawsze pamiętałem o prezerwatywach.

A ona i tak uznała mnie za gnoja.

6. Farmakon



Jak już wiecie, bardzo lubię czytać książki. Czytanie nie jest dla mnie po prostu rozrywką. Tekst jest dla mnie tym, co insulina dla cukrzyka. To życiowa konieczność. Gdyby ludzkość nie odkryła pisma, tacy jak ja nie mogliby funkcjonować. Platon mógł mieć rację, gdy mówił, że pismo to farmakon. Greckie farmakon jest dwuznaczne jak angielskie drug - to lek i trucizna w jednym. Pisał o tym Derrida, a Derrida wielkim postmodernistą był. Przed czytaniem zapoznaj się z treścią biografii, umieszczonej na okładce, bądź skonsultuj się z kierownikiem duchowym, gdyż każdy tekst niewłaściwie odczytany zagraża Twojemu zdrowiu i życiu!

Był dwunasty października, gdy zostałem zaciągnięty na moje pierwsze Wielbienie. Było to siedem dni po imieninach Faustyny (wspomnienie jej patronki obchodzimy piątego października). Dwa dni po tymże Wielbieniu poszedłem sobie do biblioteki. Był to czternasty października, Dzień Nauczyciela. Wybrałem sobie Króla Olch. Dziełko dość psychodeliczne, nie polecałbym go osobom niepełnoletnim i niedojrzałym psychoseksualnie. W każdym razie, jednym z głównych tematów tej historii jest młodzież szkolna. Główny bohater, zaburzony psychicznie mechanik samochodowy, skrzywiony w dzieciństwie przez jezuitów, trafia przypadkowo na front drugiej wojny światowej. W obozie jenieckim szybko wyrzeka się swego francuskiego pochodzenia i znajduje zatrudnienie u hitlerowców - najpierw jako zwykły służący, później jako młodszy specjalista do spraw rekrutacji w nazistowskiej szkole wojskowej. Jego zdolności w łapaniu polskich chłopców nadających się do germanizacji szybko stają się słynne w całym regionie. Pod koniec książki nasz bohater przechodzi przemianę wewnętrzną. Postanawia uratować żydowskie dziecko, porzucone przez nazistów w lesie podczas desperackiej próby przerzucenia więźniów z likwidowanych obozów koncentracyjnych na tereny chwilowo wolne od Armii Czerwonej. W Noc Paschalną jego szkoła zostaje zaatakowana przez Rosjan. Podczas gdy młodzi wychowankowie placówki giną pod ostrzałem wroga, Król Olch ucieka ze swoim podopiecznym na bagna. Obaj przepadają bez wieści.

Z taką właśnie historią w torbie, przechodziłem przez park. Na placu zabaw dostrzegłem znajomą twarz. Psalmista otwierał właśnie furtkę przed jakimś dzieciakiem. Dzieciak, tak jak Psalmista, miał rude, gęste włosy. Miał też parę kilo nadwagi i wyraźne piegi na całej twarzy. Oglądał świat przez śmiesznie grube szkła okularów w intensywnie niebieskich, gumowych oprawkach. Był on jednym z tych maluchów, po których z daleka widać, że są upośledzone. W tym przypadku chodziło o schorzenie, które z łatwością potrafiłby zdiagnozować dosłownie każdy człowiek w tym kraju.

Trisomia chromosomu dwudziestego pierwszego.

-   Nie wiedziałem, że po godzinach dorabiasz jako opiekunka do dzieci.
-   To tylko, jak mama idzie do lekarza. Jeszcze nie znacie się z Minionkiem?
-   Z Minionkiem? A myślałem, że to mnie rodzice skrzywdzili.
- Tak naprawdę nazywa się Michał. Ale ostatnio zwariował na punkcie tych stworków z bajki. Zresztą, wygląda jak one, no nie? I nawet mówi trochę jak one.
-   Nie mnie oceniać. Jestem za stary na bajki. A w dzieciństwie nie miałem telewizora.
-   Biedaczek! My z Minionkiem właśnie wracamy ze szkoły.
-   Ze szkoły...?
-   Tak. Downy też chodzą do szkoły.

Nagle dotarło do mnie, że popełniłem straszny nietakt.

Już na początku rozmowy postanowiłem, że w żaden sposób nie dam po sobie poznać, że dostrzegłem w bracie Dawida cokolwiek nienormalnego. Oczywiście, musiałbym być zupełnie ślepy, żeby się czegoś nie domyślić, ale przecież nie o to chodzi. Chodzi o to, żeby opiekunowi nie zrobiło się przykro. To takie nietaktowne - mówić przy opiekunie nienormalnego dziecka  o jego nienormalności.

Cóż, nie wyszło.

-   Czy powinno się tak nazywać własnego braciszka?

Najlepszą obroną jest atak.

-   Czemu nie? Mam drugiego, całkiem normalnego, i mówię na niego jeszcze gorzej.
-   Masz dwóch braci?
-   I cztery siostry.
-   Czyli siódemka? Nieźle.
Gwoli ścisłości, ósemka. Byłaby dziesiątka, ale dwójka już nam zmarła. Poronienia.
-   Ty, dwóch braci, cztery siostry. Siódemka.
-   Jest jeszcze ósme.
-   Brat czy siostra?
-   W sumie to nie wiemy. To dopiero czwarty czy tam piąty tydzień.
-   Wasza mama jest w ciąży?
-   Zgadza się.
-   W dziesiątej ciąży?
-   No, wiesz. Nasi rodzice bardzo się kochają, jeśli rozumiesz, co mam na myśli.

Prawdę mówiąc, nie rozumiałem.

W moim świecie normą było jedno dziecko. A właściwie, brak dziecka. Rodzeństwa były w książkach fantasy. Tam funkcjonowała jeszcze instytucja brata czy siostry. W realnym świecie istniał tylko lęk przed wpadką, który jednak można było skutecznie wyleczyć opakowaniem prezerwatyw. A poważnie - w tamtym czasie naprawdę nie wyobrażałem sobie, że mógłbym kiedyś zostać ojcem. Po pierwsze, wychowywałem się tylko z matką. Nie miałem żadnego męskiego wzoru. Gdyby jakieś dziecko pojawiło się w moim życiu, w ogóle nie wiedziałbym, co powinienem robić z czymś takim. Po drugie, nie wyobrażałem sobie, że mógłbym się ożenić. Generalnie preferowałem związki na dłużej niż jeden wieczór i jakoś nie czułem potrzeby posiadania więcej niż jednej partnerki naraz. Ale małżeństwo? Bądźmy dorośli. Związki są od tego, żeby się rozpadać. W naszych czasach obrączka już nie chroni kobiety przed losem samotnej matki. Moja matka nigdy jej nie zdjęła, chociaż mężatką była tylko na papierze. Jedyne rozwiązanie to żadnej nie dawać pierścionka - ani tym bardziej dziecka. Po trzecie - nie chciałem, żeby jakiś pryszczaty kościotrup dopadł mnie kiedyś w jakimś lunch barze. Coś takiego spotkało mojego ojca. Wiem z doświadczenia, że dla takiego pryszczatego kościotrupa to może być nawet moment pewnej satysfakcji. Ale to, że samemu było się kiedyś pryszczatym kościotrupem, czerpiącym satysfakcję z napadania na biednych dziennikarzy, to jeszcze nie znaczy, że trzeba od razu stwarzać kolejne istoty tego rodzaju. O nie, nie chciałem żadnych pryszczatych kościotrupów, żadnych synów. Tacy synowie mogą mieć jeszcze potem pretensje, że się ich w ogóle stwarzało. To bardzo stresujące, takie pretensje. Lepiej nie stwarzać.

-   Michaś i tak nie jest najmłodszy. Najstarszy jestem w ogóle ja. Potem Agnieszka, Karol, Ewka, Minionek, Anka, Ela, i teraz jeszcze to nowe.
-   Ile lat ma Minionek?
- Osiem.
-   I mówisz, że chodzi do szkoły?
-   Do pierwszej klasy. Szkoła specjalna. Chcesz zobaczyć, co już umie?

Psalmista nie czekał nawet na moją odpowiedź.