piątek, 3 sierpnia 2018

20. Reasons Why


"Strach przed nieżyciem to dogłębny, trwały lęk przed patrzeniem, jak twój potencjał ulega rozkładowi i zmienia się w nieodwracalne rozczarowanie, gdy "powinno być" zostaje zgniecione przez to, co jest. [...] Martwe dzieci stawia się na piedestale, a te chore psychicznie zamiata się pod dywan."

/Neal Shusterman, Głębia Challengera/

***

Dlaczego Składanie Dzieci w Ofierze Jest Niemoralne - Dziesięć Powodów 

1. Bóg jest sędzią sprawiedliwym, który za dobre wynagradza, a za złe karze. 

2. Imię Boże to JHWH - nie Moloch. 

3. Martwi są jak Jehowi - niczego nie świętują. 

Nawet halloween. To żywi bawią się w halloween.

4. Byt osobowy nabiera prawa do szacunku z chwilą zaistnienia. 

W przypadku człowieka - z chwilą poczęcia. 

5. Nie zabijaj.

6. Homo sapiens to gatunek chroniony, bezwzględnie wyłączony z handlu. 

7. Nie kradnij. 

8. To, co zwiemy "zabójstwem", pod inną nazwą równie by przerażało. 

9. Nie twoje organy - nie twoja własność. 

10. Levi nie zaklaskał. 

Levi Calder to bohater serii Podzieleni Neala Shustermana. Wychowany w bogatej rodzinie heretyckiej, jest dziesiątym dzieckiem swoich rodziców i ma zostać złożony w ofierze jako dziesięcina. Gwoli ścisłości - status Leva jako dziesiątego dziecka w rodzinie jest trochę naciągany, gdyż połowa dzieciaków państwa Calder została przysposobiona, a nie spłodzona. Ale to szczegół.  Chłopak, jako Dziesięciorodny, od najmłodszych lat jest przygotowywany na dzień, gdy zostanie odesłany do ośrodka donacyjnego, gdzie pobiorą od niego narządy do przeszczepu dla ludzi dość bogatych, by zapłacić za narząd od Dziesięciorodnego (każdy wie, że Dziesięciorodni to dawcy lepszego sortu - w ofierze składa się przecież to, co najlepsze).

Dzień po swoich trzynastych urodzinach - w drodze do ośrodka, gdzie ma spełnić swoje powołanie - Lev zostaje porwany przez dwoje szesnastolatków. Chłopak i dziewczyna, jak się okazuje, są uciekinierami, również przeznaczonymi na organy, którzy jednak żadnego powołania spełniać nie zamierzają. Lev szybko orientuje się, że to dawcy "gorszego sortu" - chłopak stwarzał problemy wychowawcze, a dziewczyna była sierotą pod opieką państwa. Są nieobliczalni, a poza tym niczego nie rozumieją - twierdzą, że to nie porwanie, że chcą uratować Leviemu życie. Gdy tylko nadarza się okazja, Dziesięciorodny ucieka swoim porywaczom, by wykonać telefon do ukochanego pastora.

A pastor mówi, że ma uciekać.
Że rodzice uznają jego zniknięcie za wolę Bożą.
Że nikt nie będzie zadawał pytań o dziecko złożone w ofierze.
Że teraz może być, kim tylko chce.
Cudownie.

Samotny, niezrozumiany i coraz bardziej wściekły trzynastolatek przyłącza się w końcu do Klakierów. Klakierzy to nastoletni terroryści. Wprowadzają do swego organizmu substancje wybuchowe i stają się chodzącymi bombami. Jedno klaśnięcie i detonacja.

Lev został Klakierem.
Ale nie zaklaskał.

Był świadkiem detonacji Klakierów, którzy poszli z nim na umówione miejsce. Miał  zaklaskać i wybuchnąć zaraz po nich. Widział, jak z ruin po wybuchu podnosi się szesnastolatek - chłopak, który go kiedyś porwał. Connor stracił rękę i oko, ale zachował pozostałe części ciała. Dziewczyna Connora, Risa - ta, która uczestniczyła w porwaniu Leva - też była w tym przeklętym miejscu i potrzebowała pomocy. Wylądowała z przerwanym rdzeniem kręgowym, ale przeżyła.
Dlatego Lev nie zaklaskał.

Oddał się w ręce policji. 
Przeszedł kilka serii transfuzji, by pozbyć się substancji wybuchowej z organizmu.
Substancja była w jego ciele dość długo, by na dobre zahamować jego rozwój fizyczny.
Przeżył akcję odwetową Klakierów, którzy w ramach zemsty zabili jego ukochanego Pastora.
Rodzina wyrzekła się go.

Jeszcze przez długi czas żył z poczuciem winy i wyobcowania, które kazało mu wciąż i wciąż narażać życie w walce przeciwko systemowi, zezwalającemu na coś takiego jak składanie dzieci w ofierze czy oddawanie niechcianych nastolatków na organy. Nic już nie mogło zapewnić mu spokoju. Próbował wszystkiego. Praca na rzecz tajnej organizacji, specjalizującej się w psychoterapii "dziesięcinowych" dzieci, cudem uratowanych z transportu do ośrodka donacyjnego. Potem poszukiwania Connora, zakończone brawurową akcją ratunkową (porywacz-uciekinier w międzyczasie został szefem całej wspólnoty bezdomnych nastolatków i ściągnął na siebie uwagę niewłaściwych ludzi - gdyby nie Lev, dostałby się w łapy policji albo szalonego łowcy narządów). W końcu misterny plan zaangażowania zjednoczonych plemion indiańskich, dotąd izolujących się od reszty społeczeństwa za murami rezerwatów, w walkę z przeszczepowym biznesem. Żaden z tych projektów nie dał mu tego, czego szukał - pokoju serca. Aż do nieudanego aktu "samobójstwa dla sprawy" w ostatnim tomie. 

Levi każe wytatuować sobie na całym ciele nazwiska randomowych ofiar przeszczepowego biznesu, po czym jedzie do stolicy, by tam, na scenie, w obecności kamer, udawać Klakiera i sprowokować policję do użycia broni. Drobny, słodki, bezbronny chłopczyk, zastrzelony przez złych policjantów - ofiara zbiorowego lęku przed nastolatkami, który doprowadzał rodziców do podpisania dokumentów i oddania dziecka na ograny. Tego potrzebowało społeczeństwo. Wstrząsu. Ofiary. 

To prawda, chłopczyk dziwnie wyglądał. Był cały w tatuażach, w samej bieliźnie. Wdarł się na scenę poza programem. Mógł być terrorystą. 

Ale nie zaklaskał. 

Lev przeżył swoje nieudane samobójstwo przed kamerami.
Dostał nerkę od swej rówieśniczki - katoliczki.
Dziewczyna od małego pragnęła zostać Dziesięciorodną, ale dzięki Leviemu przeszło jej.
Oddała szpik bratu choremu na białaczkę i nerkę dla Leva.
Resztę organów zostawiła dla siebie. 

Lev nie zaklaskał. 
Został adoptowany przez rodzinę indiańską, która wcześniej straciła syna. 

wtorek, 3 lipca 2018

19. Prezent

A - Augustyn
T - Tina
D - Dawid
S - Samson
G - Gracja

- [A] Wesołego Strzeżenia Wiedźm!

Pan Heretyk zapragnął odwdzięczyć się swojej przyjaciółce za wielki dar, jakim było zwrócenie jego uwagi na nieznaną mu jeszcze serię książek. Zbliżał się okres Mikołajkowo-Szopkowy, w świecie fantastyki i fandomów zwany czasem Strzeżeniem Wiedźm. Po dwóch godzinach w galerii handlowej Pan Heretyk zdecydował się na zakup dziennika kreatywnego, którego wypełnianie polegało na plamieniu, dziurawieniu, mazaniu, sklejaniu i zszywaniu kartek według instrukcji (która, nota bene, zachęcała użytkowniczki i użytkowników do postępowania w sposób odwrotny do proponowanego przez twórców dziennika).

Doskonały prezent dla wiedźmy, prawda?

HO HO HO

Musiał przyznać przed samym sobą, że podobnych rzeczy nie czytał już od lat. Kiedy przerzucił się na literaturę dla dorosłych? Na studiach dowiedział się, że ważną częścią jego przyszłego życia zawodowego będzie przeglądanie tekstów wszelkiego rodzaju z dziedziny socjologii. Głównie przydługich wywiadów z różnymi postaciami, uważanymi powszechnie za "kontrowersyjne". Coś przecież trzeba komentować, prawda? Z czymś trzeba polemizować. Dorosły facet musi umieć na siebie zarobić, po prostu.
W czasie wolnym zaglądał do klasyki herezji - Jan Paweł Sartre, Andre Gide, Fiodor Dostojewski, Tomasz Mann, Umberto Eco. Z tego rodzaju dziełami zaczął się zaprzyjaźniać jeszcze w szkole średniej. Z semestru na semestr staczał się coraz bardziej w stronę ponurego, sarkastycznego świata dorosłych, z jego intrygami, opętaniami, zdradami, nicościami i dymem papierosowym.

- [T] Naprawdę? Dzięki! Nie musiałeś. Minęły wieki, odkąd ostatni raz świętowałam Wiedźmikołajki.
- [ G] Jak się to świętuje?
- [D] Macie dziś jakąś rocznicę?

Spojrzenie Tiny, skierowane w stronę Dawida, niosło informację następującej treści: "gratulacje, właśnie znalazłeś się na samym szczycie mojej Osobistej Listy Debili Wszechczasów".

- [T] Komuś przydałaby się lekcja literatury brytyjskiej. Słyszałeś może o Terry'm Pratchettcie i jego Świecie Dysku?
- [S] To ten gościu, co nagrał reportaż promujący samobójstwo wspomagane i podpisał list otwarty przeciwko wizycie papieża w Anglii?
- [A] Nie kto inny.
- [D] No i co z nim? Popełnił samobójstwo w ramach protestu przeciwko Amoris Laetitia?
- [G] Co to jest Amoris Laetitia? Czemu ludzie się przez to zabijają?

Tym razem spojrzenie Tiny było mordercze. Pan Heretyk chciał wierzyć, że katoliczki wybierające się w stanie Łaski uświęcającej na Mszę Roratnią nie stanowią zagrożenia, ale z pro-liferami nigdy nic nie wiadomo.

- [T] Zmarł parę lat temu. We własnym domu, bez niczyjej pomocy. Nietypowa, wczesna postać choroby Alzheimera.
- [G] Amoris Laetitia to taka choroba? Czemu ktoś miałby się zabijać z powodu choroby?
- [A] Amoris Laetitia to nie choroba. To encyklika. Taki rodzaj książki albo dokumentu, od papieża dla biskupów. Jak jest jakaś ważna sprawa, to papież pisze o tym encyklikę.
- [G] Papież napisał encyklikę o samobójstwie?

Tramwaj dojechał grzecznie na przystanek.

HO HO HO

Najpierw pojawia się dźwięk dzwonka. Potem światełko, w oddali.
Chór zaczyna pieśń po łacinie.

Rorate caeli desuper
Et nubes pluant Justum!...

Tina nie miała racji. Minął tydzień, a Pan Heretyk nie odczuwał żadnych skutków zaburzonego trybu snu i czuwania. No dobrze. Kilka razy musiał biec, żeby zdążyć na autobus, który zapewniał dotarcie do centrum z przyzwoitym zapasem czasu, a po nim na tramwaj pod samą Bazylikę. Ale tak naprawdę mógłby jeździć późniejszym, bez żadnych obaw o spóźnienie. Wybierał wcześniejszy autobus, bo pozwalało mu to zdążyć na wcześniejszy tramwaj - ten, którym jeździli Dawid i Tina z Gracją.
Było to coś dziwnego. Podejrzanego. Pan Heretyk generalnie nie miał w zwyczaju uwzględniać zwyczajów innych ludzi. Nie przy wyborze środka transportu. Powinien był zachować czujność. Powinien był podjąć stosowne kroki zaraz po tym, jak zauważył w sobie tendencje dziwne i podejrzane, wyżej opisane.

Powinien był.
Tylko po co?
Żeby móc dłużej pospać?
Przecież miał pokazać, że nie potrzebuje snu.

W ciągu dnia nie przysypiał, chociaż faktycznie po jedenastej trudniej było mu się zmotywować do jakiejkolwiek monotonnej pracy, na przykład do pisania kolejnego głupiego tekstu o kolejnej głupiej wypowiedzi tego czy innego człowieka, zarabiającego na głupich wypowiedziach. Rozwiązywał to w ten sposób, że unikał monotonnych zajęć.
System banalnie prosty. Najpierw należy przypomnieć sobie wszystkie sprawy, które ma się do załatwienia na mieście, i które mają moc odrywania ludzi od laptopów. Potem wystarczy dostać się do tramwaju, do poczekalni, do kolejki - gdziekolwiek, gdzie można czytać i nie być posądzonym o lenistwo.

Wyciągał książkę.
Tym razem, coś poważnego. Coś życiowego.
Żadne tam żałosne bajeczki dla dorosłych.
Historie dzieciaków walczących o swoje nastoletnie życie.
Czy może być coś bardziej poważnego i życiowego?

Wystarczyło potem zabrać ze sobą te historie na obiad, na poobiednią kawę, na autobus powrotny wieczorem. W takim systemie można było zapomnieć o senności.

O napisaniu czegokolwiek dłuższego niż dwa akapity również.

Ne irascaris, Domine!
Ne ultra memineris iniquitatis!
Ecce civitas Sancti facta est deserta,
Sion deserta facta est!
Jerusalem desolata est...
Domus sanctificationis Tuae, et gloriae Tuae!
Ubi laudaverunt Te
Patres nostri...

- [D] Może wyjaśnisz mi jedną sprawę?
- [A] Jeśli tylko nie wybiega poza moje skromne kompetencje.
- [D] Ty jesteś niewierzący, nie?
- [A] Pytasz, czy wierzę, że Boga nie ma? Nie, aż tak bezczelny nie jestem. Jestem tylko niepraktykujący.
- [D] No fajnie. Ale powiedz mi, nie wydaje ci się, że twoje uczestnictwo w Roratach to taka tak jakby praktyka, która tak trochę, tak jakby, podkopuje twoją wiarygodność - wiesz, jako człowieka "niepraktykującego"? Nie żeby coś, ale Msza Święta to chyba nie jest jedna z tych rzeczy, od których typowy agnostyk zaczyna swój dzień?
- [A] Może po prostu nie jestem "typowym agnostykiem"?
- [D] A może po prostu, jak typowy facet, chodzisz za laską, która ci się podoba...?
- [A] Chcesz wiedzieć, czy oprócz Tiny istnieje jeszcze jakiś powód, dla którego przychodzę na te wasze Liturgie? Nigdy nie twierdziłem, że taki powód istnieje.
- [G] Chcesz się ożenić z moją mamą..!?...

O cholera.

Bezczelne dzieciaki.

poniedziałek, 4 czerwca 2018

18. Podzieleni

- [A] Nie musiałaś tego robić.

Pan Heretyk nie zdążył wypić kawy przed wyjściem na swoje pierwsze dominikańskie Roraty. Uświadomił to sobie długo po przebudzeniu. Minęła podróż autobusem i tramwajem. Minęła Msza Święta, a po niej Jutrznia (poranny odpowiednik Nieszporów - patrz początkowe rozdziały książki) w siedzibie Indeksu. Pan Heretyk nie tylko nie wypił kawy przez te wszystkie godziny, ale nawet o kawie zapomniał.

Nie musiał zostawać na Jutrzni. Zakład dotyczył wyłącznie obecności na Roratach. Jego przyjaciółka była na tyle bezczelna, by twierdzić, że nie zdołałby zaliczyć wszystkich Rorat w danym roku liturgicznym, nawet gdyby był praktykujący. Twierdziła, że już w pierwszym tygodniu zacząłby się spóźniać, a najdalej na początku trzeciego dałby za wygraną. Aby wyprowadzić ją z błędu, Pan Heretyk oświadczył, że będzie wstawał przed świtem przez cały Adwent, od poniedziałku do soboty, i będzie przychodził na Roraty. Zastrzegł sobie, że jako niepraktykujący nie będzie przystępował do sakramentów ani nie będzie uczestniczył we Mszach Niedzielnych.

O Jutrzni nikt nic nie wspominał. Zaraz po słowach "idźcie w pokoju Chrystusa" mógł wyjść i zacząć rozglądać się za jakimś źródłem kawy. On jednak nie tylko poszedł z Indeksami na Jutrznię, ale jeszcze zapomniał o swojej porannej dawce kofeiny, co nie zdarzało mu się, odkąd skończył siedemnaście lat.

- [G] Przecież musiała. Jakby Mama nie poszła dla ciebie do zakrystii po świeczkę, to byś jej nie miał.
- [A] Uwierz mi, koleżanko, przeżyłbym bez świeczki. Poza tym, mam teraz dług u twojej mamy, w wysokości 30 groszy. Mogliby wprowadzić jakieś zniżki dla stałych klientów.
- [T] W Bazylice na Rynku chwalą się, że u nich każdy roratowicz dostaje świeczkę za darmo. Ale tam mają Roraty pół godziny później.
- [A] No tak. Pobudka o wpół do szóstej to już nie asceza.
- [G] Jakbyś przeżył bez świeczki, jak na Roratach trzeba mieć świeczkę?

Te bezczelne dzieci.

- [T] Jej nie przekonasz. To twarda zawodniczka. Liturgistka całą gębą.
- [A] Jak rozumiem, pobożność mamusi nie ma żadnego związku z jej postawą w tej sprawie?
- [T] Nic nie poradzę na to, że dzieci uczą się przez naśladownictwo. Teoria społecznego uczenia się. Z prawami rozwoju ludzkiej psychiki nie ma dyskusji.
- [A] To nie ja indoktrynuję dziecko, to psychologia. Bardzo wygodne.
- [T] Przykład prawdziwej indoktrynacji to jest w książce, którą właśnie czytam.
- [A] Coś o Holokauście?
- [T] Skąd ten pomysł?
- [A] Ostatnio czytałaś coś o psychiatrze, którego zamknęli w Auschwitz.
- [T] W takim razie, nazwijmy to opowieścią o Holokauście przyszłości.
- [A] Aha. Coś o aborcji?
- [T] Czy wszystko musi sprowadzać się do aborcji i eutanazji?
- [A] Chyba na tym polega etyka katolicka, nie?
- [T] Właściwie, chodzi o handel organami.

No proszę.
Wreszcie coś nowego.

Pan Heretyk nigdy szczególnie nie zajmował się problemami transplantacji, za to literaturą jak najbardziej. Z recenzji swojej przyjaciółki wywnioskował, że seria Podzieleni niejakiego Neala Shustermana to coś, czemu można by przykleić etykietę young adult fantasy. Pan Heretyk kojarzył ten gatunek raczej z literaturą kobiecą - nastolatki zakochane w wampirach i te sprawy. Książki Shustermana, jak mogło się wydawać, były raczej unisex, może z nieznacznym ukłonem w stronę męskiej części czytelników. Podzieleni to oryginalne ujęcie klasycznego tematu - walka dzieci z dorosłymi. Klasycznego, a zarazem jednego z ulubionych Pana Heretyka.

Pan Heretyk postanowił towarzyszyć swojej przyjaciółce przy porannym odprowadzaniu córki do szkoły, a następnie zaprosić ją do kawiarni na śniadanie w stylu włoskim. Śniadanie w stylu włoskim składa się z obowiązkowego espresso lub cappucccino i opcjonalnego cornetto, zwanego w innych częściach świata croissantem.

Kawiarnia to doskonałe miejsce na dyskusję o literaturze.

- [T] W trakcie wielkiej wojny proliferów z aborcjonistami i aborcjonistów z proliferami, zwanej Wojną Moralną, upada cały system edukacji w Stanach. Krążące po ulicach bandy bezrobotnych nastolatków przerażają porządnych i pełnoletnich obywateli. Obie strony dochodzą do wniosku, że to nie grzeczne i całkowicie bezbronne embriony, ale w pełni ukształtowana i nierzadko całkiem dobrze uzbrojona młodzież jest prawdziwym problemem. W tym samym czasie pewne małżeństwo dostaje Nobla za wybitne osiągnięcia w dziedzinie neuroprzeszczepów. Od teraz nie ma granic dla transplantacji. Rodzice dzieci z lekooporną padaczką nie muszą już martwić się tym, czy specyfiki na bazie marihuany są legalne – dysfunkcyjną tkankę mózgową można wymienić! Trzeba tylko znaleźć dawcę.
- [A] Dawca – jak rozumiem – nie może być ofiarą wypadku w stanie śmierci mózgowej?
- [T] W tym świecie ofiary wypadków są raczej biorcami niż dawcami. Podzielonym nie może też zostać osoba niepełnosprawna ruchowo - ale chora przewlekle z powodu astmy już tak. 

Któż więc może być zakwalifikowany?

Członek bandy bezrobotnych nastolatków.
Zakończenie Wojny Moralnej oznaczało konieczność zadbania o porządek społeczny.

Podrzutek, przyniesiony kilkanaście lat wcześniej pod drzwi jakiegoś domu przez „Bociana”.
Podrzutek lub sierota z przeludnionego Domu Stanowego.
Zakończenie Wojny Moralnej to nowy „system podrzutkowy” jako alternatywa dla aborcji.

Dzieciak, który ćpa, przeklina, wdaje się w bójki, a szkoły zmienia jak rękawiczki.
Dzieciak, którego rodzice zmagają się z „rodzicielską porażką”.
Dzieciak, którego rodzice nie umieją dojść do zgody przy podziale majątku.
Zakończenie Wojny Moralnej oznacza przywrócenie władzy jednostkom dorosłym.

Dzieciak, którego rodzice dają dziesięcinę.
Składanie ludzi w ofierze to element obecny we wszystkich znanych systemach religijnych.
Rzekomo.

- [T] Cały proces nazywa się „podzieleniem”. Zawozi się dzieciaka do specjalnego ośrodka. Kolorowego, wygodnego i higienicznego, rzecz jasna. Posiłki, kwiatki, boisko, muzyka na żywo. A potem dzieciak trafia na Krajalnicę. Albo „do Krajalnicy”, bo to zwykle jest oddzielny budynek. Znieczula się go całkowicie, ale nie usypia. Zachowuje świadomość tak długo, jak długo jego mózg pozostaje w jednym kawałku. Towarzyszy mu psycholog, z którym może rozmawiać do momentu odłączenia narządów i nerwów odpowiedzialnych za słuch i mowę.
- [A] „Odłączenia”?
- [T] Wolisz dosadne określenia? Okej, zespół chirurgów po prostu gówniarza rozczłonkowuje. Nie nazywa się tego śmiercią, ponieważ żaden narząd nie ulega obumarciu – no, może oprócz wyrostka robaczkowego i tym podobnych. Tkanki, które trafiają na rynek – dla ubezpieczonych i dla tych, którzy mogą za nie zapłacić – muszą być żywe, jeśli mają dobrze służyć biorcy.
- [A] No tak. To logiczne. Wyrostków robaczkowych nikt nie chce. Ale mówisz, że na tkankę mózgową klienci są?
- [T] Jak najbardziej.
- [A] To ciekawe. A co z narządami płciowymi? No wiesz. Jajniki i te tam wszystkie. Rozumiem, że niektórzy ludzie chcieliby mieć mózg kogoś innego. Ale kto chciałby mieć w sobie obce gamety?
- [T] Dobre pytanie… Słyszałeś o zespole Turnera?
- [A] To element świata przedstawionego?
- [T] Nie. To rzeczywiście istniejący zespół genetyczny. Dziewczynki nim dotknięte w ponad 90% są bezpłodne. Czytałam, że niektóre matki dziewczynek z tym zespołem decydują się na zamrożenie swoich komórek jajowych, w celu przekazania ich w przyszłości swojej bezpłodnej córce.
- [A] Zapłodnienie in vitro to dość oryginalny pomysł na prezent.
- [T] Zdecydowanie oryginalny. Ale, jak widzisz, są ludzie, którzy uważają taki prezent za coś stosownego.

Pan Heretyk spóźnił się tego dnia na spotkanie w redakcji. Spotkanie było zaplanowane na godzinę jedenastą. Skłamał grzecznie, twierdząc, że powodem spóźnienia było zbyt długie czuwanie w nocy i zbyt późne wstanie z łóżka. Prawda była taka, że tego akurat dnia obudził się dwie godziny wcześniej niż zwykle. Po prostu trochę się zagadał.
A potem trochę nadłożył drogi, żeby wstąpić do biblioteki. 



wtorek, 3 kwietnia 2018

17. Zakład

A - Augustyn
T - Tina
G - Gracja

***

W dzisiejszych czasach dużo mówi się o przemocy, jakiej mężczyźni dopuszczają się na kobietach, natomiast milczy się na temat przemocy, jakiej kobiety dopuszczają się względem mężczyzn. Współczesna socjologia przyjmuje, że istotą bycia dziewczyną jest bycie ofiarą dyskryminacji, w związku z czym w sytuacji przemocowej rola sprawcy i winnego może przypaść wyłącznie chłopakowi. Podejście znacznie bardziej równościowe znaleźć możemy u autorów biblijnych, konkretnie - starotestamentalnych. W Starym Testamencie sprawcami przemocy są zarówno osoby płci męskiej, jak i żeńskiej. Kobiety starotestamentalne, na równi z mężczyznami, korzystają z kradzieży (Rachela), oszustwa (Rebeka), zdrady (Rachab) czy kłamstwa (wszystkie wymienione). Starożytne feministki opracowały szereg oryginalnych, nieznanych płci brzydkiej technik walki. Upijały swoje ofiary, by nieprzytomnych doprowadzić do współżycia (córki Lota), a zupełnie nieprzytomnych - do utraty życia (Judyta). Nie zawsze zresztą potrzebowały alkoholu - wiedziały dobrze, że mężczyzna robi się senny także po mleku (Jael), a nawet po zwykłej kolacji (Rut). W negocjacjach, zarówno na poziomie rodzinnym, jak i państwowym, potrafiły zrobić użytek ze swej urody (Judyta), fizjologii (Rachela), zajmowanego stanowiska (Estera), a nawet z pracy swoich dzieci (Lea). 
Co do planowania rodziny, musimy pamiętać, że w starożytności kariera była oparta na wielodzietności. Ówczesnym biznesmenkom i biznesmenom zależało przede wszystkim na utrzymaniu wysokiego tempa wzrostu liczebności swoich potomków. Mężczyźni zakładali przedsiębiorstwa rodzinne, w których zatrudniali jedną lub więcej specjalistek do spraw potomstwa. Kobieta marząca o stanowisku głównego specjalisty w danym przedsiębiorstwie musiała dbać o wyniki prowadzonego przez siebie biura prokreacyjnego. Przeciętne prowadziły biura jednoosobowe, natomiast te z wyższej półki zatrudniały żony-surogatki. Zadaniem żony-surogatki było podnoszenie wyników biura pani-żony, tak by biuro pani-żony swoimi wynikami całkowicie pogrążyło konkurencję. Obowiązkiem dobrego męża było natomiast dbanie o to, by żadne biuro, podlegające pod jego przedsiębiorstwo, nie było zaniedbane prokreacyjnie. Jeśli mężczyzna nie wypełnił swego zadania przed śmiercią, narażając podległe mu biura na straty, obowiązek przejęcia przedsiębiorstwa spadał na jego braci. Sprawy o zaniedbanie prokreacyjne traktowano bardzo poważnie. Doszło do tego, że w prawie żydowskim pojawił się bezprecedensowy i niezwykle niebezpieczny (z punktu widzenia przedsiębiorców) kazus Tamar vs Juda. Kobieta zaniedbana prokreacyjnie przez męża i jego braci zdecydowała się domagać swych praw od ich ojca. Sprawę wygrała.

Na przełomie listopada i grudnia zaczyna się robić naprawdę zimno. 
Zwłaszcza o piątej rano. 

- [A] Widzisz? Wstałem o piątej, nawet za pięć piąta. Zdążyłem na autobus. Wasze roraty rozpoczną się dopiero za kwadrans, a ja już jestem na miejscu. Nie jestem leniem.
- [T] Pierwszego dnia każdy potrafi być przed czasem. Poczekaj do czwartego tygodnia, wtedy pogadamy. 
- [G] A ja w zeszłym roku wstałam na wszystkie!
- [T] Tak, kochanie. Zawsze byłaś bardzo sumienną dziewczynką. 
- [G] Najsumienniejszą na całym świecie!
- [T] Zgadza się, kochanie.
- [G] I zawsze pamiętam o świeczce.

O czym?
O kurde.

W starej parafii Pana Heretyka nikt nie pozwoliłby dziecku trzymać zapalonej świeczki w ręce podczas Mszy Świętej. Uczniowie szkoły podstawowej przychodzili na Roraty z tanimi lampionami, które składało się z materiałów dołączonych do religijnej gazetki. W religijnej gazetce znajdował się zawsze jakiś gadżet na dany okres liturgiczny. Był w niej też kącik korespondencyjny dla dzieci, które chciały pisać listy z kimś z innego miasta (mowa o czasach, w których internet nie był jeszcze bardziej popularny od powietrza), a ponadto obszerny dział dla przyszłych kandydatów na ołtarze. 
Z artykułów zamieszczanych w tymże pisemku można było dowiedzieć się, że wierzące dziecko każdą zabawkę oddaje innym (bo przecież i tak spędza czas wyłącznie na nauce, modlitwie, opiece nad młodszymi i myciu naczyń), nigdy nie chodzi na imprezy urodzinowe (bo są organizowane w piątki), nie je słodyczy ani chipsów (bo takie rzeczy jedzą tylko złe, chciwe i głupie dzieci, które nigdy się nie dzielą i mają zepsute zęby), nie ściąga na klasówkach (bo przecież najbardziej się cieszy, kiedy może przyznać się do jedynki i przyjąć karę od rodziców), telewizora unika jak ognia (bo przecież w bajkach to tylko przemoc i wulgaryzmy, w najlepszym wypadku), zadania domowe odrabia w tym samym dniu, w którym zostały zadane (a nie w dniu, w którym powinny zostać oddane), a w ogóle to jest radosne i posłuszne. 
Mały Augustyn, jak się domyślacie, unikał prasy tego rodzaju. Wiedział, że swoich zabawek - książek, które dostał na gwiazdkę i urodziny - nie odda za nic w świecie, chyba że swojej przyjaciółce (a i to wyłącznie na przechowanie). Na imprezy nie chodził, bo nikt go nie zapraszał. Nie jadał chipsów, bo nie dostawał kieszonkowego, za które mógłby je sobie kupić w czasie dużej przerwy. Nie głodował - po prostu ustalono, że w czasie lekcji będzie się zadowalał kanapkami od mamy oraz obiadem w stołówce, sfinansowanym z budżetu gminy, w związku z czym nie będzie potrzeby dawania mu kieszonkowego. Nigdy nie miał problemów z nauką, dlatego prawie nie ściągał. Nie znaczy to, że ściągać nie umiał. Mały Augustyn był przekonany, że w sztuce oszukiwania nauczycieli przewyższa swoich kolegów-amatorów co najmniej o pięć poziomów. To, że rzadko korzystał ze swych zdolności, potwierdzało jedynie jego mistrzostwo. Co do telewizora, cóż, nigdy nie znalazł się na liście sprzętów, które jego mama uważała za warte nabycia. 

- [G] A ty, gdzie masz świeczkę? Musisz mieć świeczkę!

Wspominałem o bezczelnych dzieciach?

- [A] Nikt mi nie mówił, że mam zabrać świeczkę.
- [G] Na Roraty zawsze trzeba mieć świeczkę! Jak nie będziesz miał świeczki, będziesz miał ciemno.
- [A] Ciemno jest tylko na początku. Spokojnie. Ksiądz zaśpiewa Chwała na wysokości i ktoś przypomni sobie o istnieniu elektryczności. 
- [T] Nie chcę cię dobijać, ale to Roraty w stylu, nazwijmy to, klasycznym. 
- [A] Po łacinie? 
- [T] Po łacinie jest tylko Rorate caeli na wejście, Sanctus i Agnus Dei. "Klasycznie" znaczy "po ciemku". Przy świecach.
- [A] W naszej starej parafii na Chwała włączali światło. 
- [T] W naszej starej parafii robili Roraty w czasie dobranocki. A to są klasyczne Roraty. Prawdziwe Roraty. Przed świtem i po ciemku.
- [A] Spoko. Dam sobie radę bez świeczki. Usiądę sobie za jakimś filarem i pośpię. Nie muszę nic widzieć - i tak nie idę do Komunii. 
- [G] Nie martw się. Pójdę pierwsza, a potem wrócę i pożyczę ci świeczkę. Będziesz widział i będziesz mógł pójść!

Gracja najwyraźniej jeszcze nie słyszała o pannach roztropnych i nieroztropnych. 

- [T] Kochanie, co w zeszłym roku mówił ojciec Janusz o podchodzeniu do Komunii ze świeczką?
- [G] Że można podpalić księdza. 
- [T] Dokładnie. A my nie chcemy podpalić księdza, prawda? Zgasimy świeczki, zanim staniemy w kolejce. Słonko będzie już wschodzić i nie będziemy potrzebowały ognia.

Pan Heretyk nigdy nie zastanawiał się szczególnie nad liturgicznym BHP. Nawet wtedy, gdy jeszcze zdarzało mu się w Liturgii uczestniczyć. Nigdy zresztą nie miał żadnego szczególnego powodu, by zajmować się takimi rzeczami. Nie był nawet ministrantem. W jego parafii nie było zwyczaju, żeby wierni przychodzili do kościoła ze świecami. Ksiądz miał zadbać o przyzwoite oświetlenie i już.
Gdy weszli do Bazyliki, wszystkie lampy były jeszcze włączone. Było cicho i pusto. W prawej kaplicy jakaś grupa hardcorów kończyła śpiewać Godzinki. Skoro kończyła, to znaczy, że musiała zacząć równo o szóstej rano - pół godziny przed właściwymi Roratami. Pan Heretyk mógł przekonać się, że hardcorowcy byli nie tylko punktualni, ale także sprytni. Część ławek z przodu i rozłożonych krzesełek była zajęta przez torebki, świece, lampiony, czapki, rękawiczki i paczki chusteczek higienicznych. 
Chusteczki higieniczne to gadżet, bez którego nie może się obejść żaden roratowicz. Pomagają nie tylko walczyć z objawami osłabienia organizmu, które muszą się pojawić przy wstawaniu przed świtem zimą, ale także zabezpieczają roratowicza przed stopionym woskiem. Gdyby świece były gaszone na Chwała, nie byłoby czym się przejmować. Do tego momentu tylko niewielka ilość wosku ulega stopieniu - zwykle zbyt mała, by zaczął spływać. Problem zaczyna się najczęściej gdzieś w połowie kazania. Przy Agnus Dei sytuacja potrafi zrobić się naprawdę dramatyczna. Wtedy najłatwiej o zachlapanie butów, płaszcza i plecaka jakiegoś mniej uważnego brata w wierze.
Tina wyjaśniła Heretykowi, że najbezpieczniej jest trzymać świeczkę przez chusteczkę zawiniętą u dołu. Jeśli zawiniemy ją na środku, stopiony wosk może sprawić, że fragmenty chusteczki się przykleją. Jeśli takiego przyklejonego fragmentu nie zdrapiemy, na kolejnych Roratach ogień do niego dotrze, zapali go i zrobi drugi knot. Knot tego rodzaju jest potencjalnie niebezpieczny - daje wysoki płomień i potrafi odpaść po minucie czy dwóch. Tina nigdy nie była świadkiem naprawdę niebezpiecznego zdarzenia na Roratach, ale gdy zaczynała swoją przygodę z grudniowym wstawaniem, płonące knoty z przyklejonej chusteczki zdarzały się jej często i wracały jak plaga. Przerażające za każdym razem. 

Dlatego należy trzymać chusteczkę zawiniętą u dołu. 

Gdy hardcorowcy zaczęli zajmować swoje miejsca, uświadomiłem sobie, że moja przyjaciółka zniknęła gdzieś ze swoją córeczką. Przez chwilę było nawet zabawnie. W końcu zgasło światło. W Bazylice zaczęli gromadzić się ludzie. Schola postanowiła się rozłożyć. Jeszcze więcej ludzi. Teraz zgasło także to światło, o którym zapomnieli hardcorowcy, gdy wychodzili z kaplicy, a które dotychczas uciekało do Bazyliki przez niedomknięte drzwi. Kolejni ludzie. Musiałem wyjaśnić trzem niezidentyfikowanym osobom pod rząd, że nie mogą usiąść obok mnie na jedynych wolnych krzesełkach, ponieważ są one zajęte przez powietrze. Lampka w prezbiterium, informująca o Jego obecności, a do tego kilka gazetkowych lampionów, które przybyły z dzieciakami już zapalone. Żadnego innego światła. 

A więc dalej sprzedają te pisemka. Dalej sklejają te papierowe domki.

środa, 7 lutego 2018

16. Zamach

16. Zamach

[A] Augustyn
[F1] Facet
[D] Dawid
[T] Tina
[F2] Feministka Pierwsza
[F3] Feministka Druga

***

- [A] Na czas!

Dwie sekundy później smartfon Pana Heretyka zbliżał się już w stronę chodnika. Drogą powietrzną. Tak bywa, gdy człowiek wyjmuje smartfona, by sprawdzić godzinę, jednocześnie biegnąc i nie zwracając uwagi na otoczenie. Pan Heretyk nie był typem osoby, która biega i nie zwraca uwagi na otoczenie. Generalnie.
Zagadali się. No dobrze. Przyjaciołom to się zdarza. Powiedziała mu, że jest spóźniona i że musi już lecieć. Super. Ludzie tak mówią, jeśli zdarzy im się z kimś zagadać. Wpadł na pomysł, żeby sprawdzić, czy przypadkiem nie są predestynowani do pokonania w piętnaście minut drogi, której pokonanie normalnie zajmuje minut trzydzieści. W tym miejscu pojawia się problem. Jak uzasadnić logicznie przejście od mojej-przyjaciółki-bycia-spóźnionym do naszej-powinności-czasu-ścigania? Pan Heretyk miał dziwne wrażenie, że była to jedna z tych rzeczy, o jakich nie śniło się niemieckim filozofom.
Oto fakty. Postanowili pokonać w piętnaście minut drogę, której pokonanie normalnie zajmuje dwa razy tyle. Gdy zobaczył szpital, o którym wiedział, że znajduje się blisko mety, wyciągnął smartfona, żeby sprawdzić czas. Ponieważ nie patrzył pod nogi, wywalił się na jakiejś nierówności terenu. Wpadł do wielkiej kałuży, a jego telefon wyleciał mu z ręki, doświadczył spotkania trzeciego stopnia z chodnikiem i rozbił się. Tuż obok przechodził jakiś facet. Pan Heretyk prawie przewrócił go podczas upadku. Zachlapał również jego ubranie. Torba, którą facet miał w ręku, poleciała w stronę telefonu. Pan Heretyk miał nadzieję, że nie było w niej nic kruchego ani takiego, co mogłoby się rozlać.

- [F1] Bawcie się dobrze!                                                                                           

Klęczał na betonie. Upadł na niego dość mocno, by podejrzewać, że co najmniej jedno kolano ma rozbite, może nawet krwawiące. Jego spodnie były całe mokre, a buty - pełne deszczówki. Po biegu z trudem łapał powietrze. Czuł, że koszula pod kurtką klei mu się do pleców. Przed nim leżały resztki telefonu. Dość drogiego telefonu.

No tak. Bawcie się. To się nazywa dobrać słowa do sytuacji.

- [D] Niezła akcja! Wczoraj ten gościu chwalił się nam, że w tym szpitalu wykonują pięćdziesiąt aborcji rocznie. Ponoć w zeszłym miesiącu sam wykonał cztery. Teraz będzie mógł nas oskarżyć o czynną napaść.
- [A] Chcesz powiedzieć, że właśnie dokonałem nieudanej próby zamachu na miejscowego  abortera?
- [D] Dokładnie. Niezła akcja!
- [A] To nie jesteśmy pacyfistami?
- [T] "Jesteśmy"? Czyli podpiszesz nasz projekt?
- [A] Wyciągasz zbyt daleko idące wnioski.

Niewielki plac obok przystanku "SZPITAL" był jednym z ulubionych miejsc zbiórkowych wszystkich organizacji społecznych, nie tylko pro-liferów. Pan Heretyk dowiedział się, że tego dnia Panie Feministki zarezerwowały plac od osiemnastej do dwudziestej. Pro-liferzy zgłosili swoją obecność od siedemnastej do dziewiętnastej.

- [D] Nie ma się czym przejmować. Może stchórzą i w ogóle się dziś nie pojawią? Jak przyjdą, to też nie problem. Po drugiej stronie mają dużo miejsca. Nasze zgromadzenie jest legalne. Policja potwierdzi.
- [A] Zawsze zamawiacie radiowóz do ochrony?
- [D] Policja już nas kojarzy. Czasem jest, czasem jej nie ma, ale z reguły nie zostawiają nas samych. Jakichś chorych akcji to u nas nie ma. Ale jak którejś feministce przyjdzie ochota na nas naskarżyć, to nie musi daleko iść.

Mógł wrócić do mieszkania, zmienić skarpetki i poszukać w sieci jakiegoś serwisu urządzeń mobilnych. Ale wtedy do ich stolika podeszła jakaś grupka ludzi. Potem następna. Potem zaczęli dyskutować o tym, czy blastocysta to ten sam byt, co późniejszy noworodek. Jeszcze później ktoś zaczął układać pasjansa z naklejek promocyjnych, a ktoś inny podjął się zrecenzowania najnowszych hitów kina chrześcijańskiego.

A potem wybiła dziewiętnasta.

- [F2] A gdzie wasz plakat? Zakazali wam już pokazywania tych okropieństw? Dobrze! Dzieci nie będą musiały na to patrzeć!
- [A] Pani wybaczy, ale jakie okropieństwa ma pani na myśli?
- [F3] Krwawe płody! Ciągle je pokazujecie! Wydaje się wam, że dbacie o dzieci? A kto się martwi o ich psychikę?
- [F2] Córeczka mojej przyjaciółki ma przez was koszmary!
- [A] Ustalmy fakty. Krwawe płody to okropieństwo?
- [F2] A panu to się podoba? Powinniście się leczyć!
- [A] Nie, wcale mi się nie podoba. Uważam, że krwawe płody to okropieństwo. Czy w tym punkcie się zgadzamy?
- [F3] Jak wam też się nie podoba, to czemu ciągle je pokazujecie?
- [A] Pokazujemy? Widzi tu pani gdzieś krwawe płody?
- [F3] Nie pokazujecie, bo wam zakazali!
- [A] Zakazali czy nie, aktualnie nie ma tu żadnych krwawych zdjęć. Czy zgodzimy się co do tego,  że krwawe płody to okropieństwo?
- [F2] Z panem to ja się w niczym nie będę zgadzać!
- [F3] Krwawe płody to okropieństwo! Dotarło? Powiecie kolegom, że takich rzeczy nie wolno pokazywać?
- [A] A czy pani przekaże koleżankom, że takich rzeczy nie wolno robić?

W tym momencie Panie Feministki zaśmiały się i poszły pomóc koleżankom w ustawianiu sprzętu.
Pan Heretyk próbował się bronić. Ale nie miał szans. Fakty były takie, że wziął udział w pikiecie antyaborcyjnej. Udział jak najbardziej aktywny. Podjął się dyskusji z dwiema Paniami Feministkami, argumentując jak prawdziwy pro-lifer. Mógł wmawiać sobie, że równie dobrze mógłby stanąć po drugiej stronie placu i dyskutować z katolikami, argumentując jak prawdziwy obrońca kobiet. Ale fakty były takie, że stał po tej, nie po drugiej stronie. W dodatku zaatakował lekarza z miejscowego szpitala.

Nie miał wyjścia.
Musiał podpisać.

Dawid postanowił, że tak spektakularne zwycięstwo trzeba uczcić. Okazja była nawet podwójna. Heretyk podpisał ich projekt, to jedno. Listopad nieuchronnie zmierzał ku końcowi, to drugie. Kolegom Pana Heretyka zostało tylko parę dni do rozpoczęcia Adwentu.
Adwent to dla katolika czas szczególny. Nie tylko dlatego, że ulice i galerie handlowe zaczynają świecić i dzwonić. To początek roku liturgicznego. Czas przygotowania na przyjście Pana. "Przyjście" rozumiane jest tu w dwóch znaczeniach. Oczywiście, chodzi o przygotowanie się do wspominania, świętowania narodzin Chrystusa. To był pierwszy raz, gdy On przyszedł. Chrześcijanie, nie tylko katolicy, wierzą w to, że będzie i drugie przyjście, zwane Paruzją. W Adwencie chodzi tak naprawdę o przygotowanie się na koniec świata. W dawnych czasach Adwent, trochę jak Wielki Post, był czasem wyciszenia i pokuty. Dziś mocno podkreśla się, że tu chodzi o radosne oczekiwanie. Od umartwiania się jest marzec, nie grudzień. Ale kiedyś w Adwencie, podobnie jak w Wielkim Poście, nie wolno było brać udziału w zabawach. Dlatego dziś koniec listopada, podobnie jak koniec stycznia, jest od imprezowania.
Pan Heretyk nie miał jakiegoś konkretnego wyobrażenia na temat tego, co robią katolicy, kiedy chcą się zabawić. Mam na myśli prawdziwą zabawę. Nie Wielbienie. Nie pielgrzymkę. Zabawę. W wersji świeckiej, zabawa składała się z alkoholu, muzyki, alkoholu, żarcia, alkoholu, próby nawiązania komunikacji werbalnej, alkoholu, tańca dla chętnych i jeszcze odrobiny alkoholu. Wersja katolicka, jak się okazało, zawierała w sobie podobne elementy, jednak w innych proporcjach. Pierwszym etapem była wspólna pizza. W tym punkcie najważniejsza była komunikacja werbalna. Etap drugi stanowiła wizyta w klubie. Istotę tej części programu stanowił, często pomijany w wersji świeckiej, taniec. Całość była pozbawiona składnika głównego.
To ostatnie nie przeszkadzało Panu Heretykowi w żadnej mierze. Jego dotychczasowe doświadczenia z udziałem w zabawach doprowadziły go do sformułowania tezy, iż poziom nudy na spotkaniu jest wprost proporcjonalny do ilości zamówionych napoi. To prawda, że zamawiało się je w celu usprawnienia zdolności komunikacyjnych i ruchowych osób zaproszonych. Osoby te najczęściej nie wyobrażały sobie rozmowy i tańca bez procentów w głowie. A jednak ceną za to usprawnianie był intensywny wzrost nudy. Nie zrozumcie mnie źle. Pan Heretyk był wegetarianinem, ale nie abstynentem. Nie dotrzymał nawet przyrzeczenia powstrzymania się od alkoholu i papierosów aż do osiągnięcia pełnoletności, które dzieci składają w dniu Pierwszej Komunii. Używki te pojawiły się w jego życiu gdzieś w okolicach siedemnastych urodzin. Nigdy jednak nie wypił tyle, żeby nie zauważyć, jak nuda przychodzi, rozrasta się i pochłania po kolei wszystkich obecnych. Mówili więcej, ale w tej mowie było coraz mniej sensu. Ruszali się więcej, ale ruchy te w coraz mniejszym stopniu ujawniały świadomość i wolę podmiotu ruszającego się. Nuda.

- [T] Dawid pyta, czemu nie tańczysz. To twój dzień!
- [A] Przekaż mu, że robi się nudny. Ja nie tańczę. I nie śpiewam.
- [T] Nie podpisuję projektów pro-life?
- [A] Ładnie to tak kopać leżącego?
- [T] Wiesz, jaka jest prawda? Jesteś leniem.
- [A] Kłamcą, to rozumiem. Nawet profesjonalnym. Ale leniem?
- [T] Śmierdzącym.
- [A] Gdy ostatni raz byłaś u mnie w mieszkaniu, stwierdziłaś, że jest chorobliwie sterylne.
- [T] I że śmierdzi. Octem.
- [A] Kuchnię czyści się sodą oczyszczoną i octem.
- [T] Nie w ilości wskazującej na zaburzenia obsesyjno-kompulsywne.
- [A] Może cierpię na nerwicę natręctw. Ale nie jestem leniem. Sprzątam. Ścigam się z czasem, żeby zdążyć na twoją pikietę. Czytam książki.
- [T] Sprzątasz, ale po jednej osobie. Biegasz raz w roku przez piętnaście minut. Co do książek, czytasz je dla rozrywki. Jesteś śmierdzącym octem leniem i taka jest prawda. Nie śpiewasz. Nie tańczysz. Założę się, że w twojej leniwej głowie nawet nie powstała myśl, żeby chociaż raz przed świętami wstać przed południem i pójść na Roraty.
- [A] Roraty? Nie byłem na Mszy od jakichś ośmiu lat.
- [T] Mówiłam. Leń octowy!

poniedziałek, 8 stycznia 2018

15. Skojarzenia

A- Augustyn
O - Ojciec
T - Tina
G - Gracja

***

Pan Heretyk nie miał szczególnie dobrych relacji ze swoim ojcem.
Ale się rozumieli.

Młody Augustyn bardzo szybko zapragnął stać się osobą samodzielną. Z kolei tata młodego Augustyna nie chciał, by przypominano mu zbyt często, że ma syna. Stworzyli układ, który wychodził na przeciw potrzebom ich obu.

Nie mieszkali razem. Pan Heretyk odwiedzał tatę w jego mieszkaniu średnio raz w miesiącu. Oczywiście, gdy był w szkole średniej, zdarzało mu się to częściej. Spotykali się wtedy co drugi dzień, na obiedzie. Ponadto, młody Augustyn nocował u ojca w każdy weekend. Źle by było, gdyby nieodpowiednie osoby dowiedziały się, że niepełnoletni jeszcze licealista mieszka sam (choć w mieszkaniu oficjalnie wynajętym przez swojego ojca). Byłoby jeszcze gorzej, gdyby wyszło, że tenże licealista nie ma praktycznie żadnego kontaktu ani z rodzicami, ani z żadnymi innymi opiekunami. Za coś takiego można trafić do domu dziecka nawet na dwa lata. Na szczęście, młody Augustyn nigdy nie opuszczał zajęć w szkole, na które przychodził zawsze przygotowany i zawsze w świeżo wypranych ciuchach. Ponadto, jego ojciec brał udział we wszystkich zebraniach rodziców i opłacał wszystkie wycieczki. Dbał też, by młody Augustyn miał zawsze opłacone mieszkanie, doładowany telefon i odpowiednią sumę pieniędzy na pokrycie codziennych wydatków. Takie zabezpieczenie wystarczyło, by uniknąć podejrzeń wychowawcy. Potem zaczęły się studia. Pan Heretyk dalej potrzebował wsparcia finansowego do prowadzenia swej samodzielnej egzystencji, ale nie trzeba było już martwić się nieodpowiednimi osobami oraz ich poglądami na wychowanie. Ojciec zaprosił go do praktyki, a następnie do pracy w jego redakcji. Czasem spotykali się na obiedzie, na korytarzu lub w tramwaju. Ponadto, Pan Heretyk odwiedzał ojca w jego mieszkaniu średnio raz w miesiącu.

Układ idealny.

- [O] Ja tam wyrzucam takie rzeczy od razu na mieście. Wkurzają mnie tacy ludzie.
- [A] Jacy?
- [O] No, ci wszyscy na ulicach, co próbują ci wcisnąć jakieś papiery. Każdy coś chce. Maturzyści z kuponami do fast-foodów to pół biedy. Ostatnio na ulice wyszły te oszołomy od aborcji. Dawniej wychodziły na wiosnę. W tym roku się nie pojawiły, to człowiek miał nadzieję, że już dali se siana. Ale nie! Teraz jeszcze wymyślili te megafony! Zresztą widzę, że ciebie też napadli. To ich ulotki. Jak mówię, ja takie śmiecie to od razu wywalam.

Tata Heretyka zwykle nie odwiedzał go w jego mieszkaniu.
Zdarzało się to jednak od czasu do czasu.
Na przykład raz w roku.

- [A] To materiały mojej przyjaciółki. Jest zaangażowana w ruch obrony życia. Była wczoraj u mnie i zapomniała o nich.
- [O] Proszę! Już się bałem, że po tej ostatniej to już całkiem się zraziłeś. No! Ale czekaj, ona musi być z tego całego kościółkowego towarzystwa, nie? Uważaj! Jedna już chciała cię zaciągnąć przed ołtarz!
- [A] Tina jest moją przyjaciółką. Tylko. Jeszcze z podstawówki. Nie jesteśmy parą.
- [O] Ja bym tam uważał. W ogóle na twoim miejscu nie szukałbym partnerki na kółku różańcowym. Mniejsza, jakie tam lubisz. U takiej po prostu nie masz co liczyć na coś więcej. Jeśli liczysz na coś więcej, lepiej zmień adres.

Pan Heretyk, nawet jako młody Augustyn, nie rozmawiał o tym ze swoim tatą. Ale podejrzewał, że tenże musi mieć poważne zranienia, gdy chodzi o kontakty z kobietami wyznania katolickiego. Miał w stosunku do nich ewidentne uprzedzenia, których nic nie mogło zmienić. Pan Heretyk przypuszczał, że było to związane z traumą po rozstaniu się z żoną - kobietą wyznania bardzo katolickiego.

Co do przyjaciółki Pana Heretyka, faktycznie odwiedziła go dzień wcześniej. Z córką, oczywiście. Był to piątek. Przygotował dla nich koftę indyjską. Kofta indyjska, przynajmniej według jednego z internetowych przepisów, to pulpety z twarogu i ziemniaków, z odpowiednimi przyprawami i innymi bezmięsnymi dodatkami, podawane z ryżem i sosem pomidorowym. Konserwatywna część waszego JA zapyta pewnie, jak to możliwe, że to facet gotuje. Jak wspominałem, Pan Heretyk już jako młody Augustyn zaczął pracować nad prowadzeniem swej samodzielnej egzystencji. Elementem tegoż były pierwsze próby samodzielnego prania i sprzątania, a później gotowania. Wspominałem też, że Pan Heretyk był wegetarianinem. Przyjaciółka Pana Heretyka była wegetarianką piątkową - gwoli ścisłości, bardziej piątkową niż wegetarianką, ponieważ w każdy wegetariański piątek jadła ryby. Pan Heretyk, jak na porządnego wegetarianina przystało, postanowił udowodnić swojej przyjaciółce, że można przygotować dobry obiad bez pozbawiania życia nawet jednej istoty czującej.

- [A] Czytała pani ostatnio coś godnego polecenia?
- [G] Mi się bardzo podobała "Matylda".
- [A] A o czym to?
- [G] O dziewczynce, która umie czarować i ma głupich rodziców.
- [A] Bardzo katolickie.
- [G] Ale ta dziewczynka nie chodzi do kościoła!
- [A] Co też pani mówi!
- [G] No. W "Moście do Terabithii" dziewczynka też nie chodzi do kościoła, ale przynajmniej raz poszła. Miała też fajnych rodziców. Chociaż może też głupich.
- [A] Bo nie chodzili do kościoła?
- [G] Bo nie mieli telewizora.
- [A] To chyba mądrze? Telewizor to zło.
- [G] No, ale jakby mieli telewizor, to ona by nie miała takiej wyobraźni. A jakby nie miała wyobraźni, to by ją lubili w szkole. A jakby ją lubili w szkole, to ona by nie chodziła do lasu. A jakby nie chodziła do lasu, to by nie huśtała się na tamtej linie nad rzeką. A jakby nie huśtała się nad rzeką...

Kto by pomyślał, że jakaś kupa złomu może uratować czyjeś życie.

- [A] A pani? Czytała pani ostatnio coś ciekawego?
- [T] "Ciekawe" to niewłaściwe słowo...
- [A] Rozumiem. A poza Pismem Świętym?
- [T] Nie to miałam na myśli.
- [A] Poza Katechizmem...?
- [T] Gdyby pan wiedział, co właśnie czytam, nie byłby pan w nastroju do żartów.
- [A] Cóż to? Może zgadnę?
- [T] Lubi pan zagadki?
- [A] Uwielbiam.
- [T] A więc dobrze. Chodzi o pewnego psychologa. W sumie psychiatrę. A w sumie to filozofa. Austriak żydowskiego pochodzenia, z Wiednia.
- [A] Z nazwiskiem na literę "F"?
- [T] Dobry jesteś! Podpowiem jeszcze, że jego imię zaczyna się na "V".

Pan Heretyk kombinował jak mógł.
Ale "Zygmunt" za Chiny konfucjańskie nie chciał zaczynać się na "V".
Nawet po niemiecku.

Przyjaciółka Pana Heretyka wyjaśniła mu, że od początku miała na myśli Victora Frankla.  Zagadka miała, oczywiście, rozpętać grę skojarzeń i naprowadzić Pana Heretyka na Zygmunta Freuda. Ale chodziło o Victora Frankla. Victor Frankl, znany ze swojej koncepcji terapii sensem, był dla młodej pani psycholog prawdziwym guru. Zmarł w opinii mądrości w wieku 92 lat. Trzy lata z tych 92 przeżył w obozie koncentracyjnym. Przed wywiezieniem do Auschwitz udało mu się załatwić sobie wizę do Ameryki. Był wtedy młodym, obiecującym lekarzem. Miał żonę i dziecko - gotowy rękopis książki. Swojej przepustki do świata bez komór gazowych, ze względu na czwarte przykazanie, nie odebrał.

- [T] Jego najsłynniejszy tekst to oczywiście "Człowiek w poszukiwaniu sensu". Ale "Homo patiens" robi nawet większe wrażenie! Posłuchaj tego.  

"Mówiliśmy już o kimś, kto w obozie koncentracyjnym utracił rękopis swej książki. Z początku nie mógł pogodzić się z myślą, że umrze, zanim zdoła książkę swą wydać. [...] Ale cóż uczynił ten konkretny człowiek w tej konkretnej sytuacji? Zapewne zapytał siebie: co by to było za życie, którego sens zależałby tylko od napisania i wydania książki?"

Tym "kimś w obozie" był sam Victor.

- [A] Wszystko pięknie. Ale, co by nie mówić, on swoją książkę w końcu wydał. Wiesz, nie każdemu udaje się wydać książkę przed śmiercią.
- [T] Stąd sprzeciw Frankla wobec koncepcji antropologicznych typu "homo faber" czy "homo sapiens". Jego propozycja to "homo patiens", człowiek cierpiący. Nie praca, nie myślenie, ale właśnie cierpienie robi z człowieka prawdziwego człowieka.
- [A] Jeden filozof umierał na raka i napisał "nie uszlachetnia".
- [T] Tu chodzi o postawę. O postawę wobec tego, czego zmienić nie mogę. Nie szukam cierpienia. Nie uciekam od niego. Ja nadaję mu sens. Jestem w obozie. Tu z definicji nic nie ma sensu. Ale mogę przepisywać w swojej głowie rękopis, który mi skradziono. Mogę prowadzić rozmowy z ukochaną osobą. Przecież łączy nas coś, co jest ponad śmiercią. Mogę się załamać,  odmówić opuszczenia baraku, wypalić ostatniego zachowanego w tajemnicy papierosa i następnego dnia umrzeć na tyfus. Mogę rzucić się na druty. Mogę też nadać temu wszystkiemu sens, czyli logos. A wtedy może okaże się, że dzięki temu logosowi uda mi się przetrwać i wydać książkę. Nie zapominaj, że Victor był lekarzem. Celem lekarza, w każdych warunkach, jest zdrowie.
- [A] Czytasz to ze ściągi?
- [T] Jakiej ściągi?
- [A] Tej na twojej dłoni.
- [T] To nie ściąga. To tatuaż.
- [A] Poważnie?
- [T] Jak najbardziej. To cytat z Frankla. "Pati aude", znaczy "odważ się cierpieć".
- [A] Czy katolikom wolno tatuować sobie na rękach sentencje cadyków?
- [T] My body, my choice!

środa, 27 grudnia 2017

14. Statystyka

- [D] Kawa dla prolifera!

Pogoda w żaden sposób nie zachęcała do opuszczania mieszkania. W tym kraju pogoda jesienna zwykle nie zachęca do opuszczania mieszkania. Nie zrozumcie mnie źle. Pan Heretyk bardzo lubił jesień. Może nawet bardziej niż wiosnę czy jakieś tam lato. Lubił nawet włóczyć się jesienią po mieście. Ale umówmy się. Piątkowe popołudnie na początku listopada to nie jest najlepszy termin na dwugodzinne stanie na ulicy. Włóczenie się może nie ma większego sensu z punktu widzenia wszechświata, ale to zawsze jakiś ruch, jakiś dynamizm. A takie stanie w jednym miejscu?

Trzeba być chyba Świadkiem Jehowy. 

- [A] To wasz nowy pomysł? Co dziesiąta osoba, która podpisze się na karcie, dostaje kawę gratis?
- [F] Odwrotnie. To osoby podpisujące się przynoszą kawę osobom odpowiedzialnym za zbieranie. 
- [D] Sprawa wygląda tak, że jakiś gość przyszedł i przyniósł kawę dla każdego wolontariusza. Że niby nam dziękuje, bo takie z nas odważne dzieciaki i tak dalej.
- [A] Rozumiem. Dzień Solidarności z Osobami Odprawiającymi Publiczną Pokutę za Grzech Aborcji i Nie Tylko za Ten. 
- [F] Im dłużej bawisz się w cynika, tym zimniejsza robi się twoja kawa. 
- [A] Moja? Przecież ja nawet nie podpisałem waszego projektu. O zbieraniu podpisów nie wspominając.
- [D] Tak naprawdę to jest kawa Tiny. Ale Tina nie pije kawy w piątki. 
- [A] Nie wiedziałem, że kawa należy do pokarmów mięsnych.
- [F] A ja nie wiedziałam, że lubisz zimną kawę. Bierz! 

Mieli wszystko. Dwa składane stoliki, megafon ze stojakiem, odtwarzacz z nagraniem,  długopisy i oczywiście zestaw kart na specjalnych podkładkach, wraz z wydrukowanym tekstem projektu. Mieli nawet plastikowe teczki na karty już wypełnione. Mieli kawę. 

Pan Heretyk zwrócił uwagę na brak plakatu, przedstawiającego ofiary aborcji. Pan Heretyk myślał, że plakaty przedstawiające ofiary aborcji to ważny element pikiet organizowanych przez obrońców życia. Dawid wyjaśnił mu, że nie jest to element obowiązkowy. Wręcz przeciwnie - część organizacji pro-life głośno sprzeciwia się wykorzystywaniu podobnych obrazów, a nawet zakazuje ich prezentowania podczas wydarzeń i uroczystości ogólnoproliferskich. Jeśli chodzi o Dawida, osobiście był za korzystaniem z podobnych pomocy naukowych podczas pikiet, jednak nie należał do tych, którzy w drastycznych zdjęciach widzieli jedyny sposób na zwycięstwo w tej grze. 

Kawa to zawsze kusząca propozycja dla heretyka. Nawet w piątkowe popołudnie na początku listopada. Ale trzeba uważać. Z takiej bzdurki jak darmowa kawa może się zrobić dłuższa chwila. Nawet godzina. Jak się człowiek nie pilnuje, to potem można usłyszeć od kolegi propozycję włożenia kamizelki wolontariusza. Taka kamizelka zwykle charakteryzuje się jakimś jaskrawym kolorem i jakimś śmiesznym hasłem albo logo. Każdy, kto stoi na zbiórce podpisów dłużej niż pięć minut, ma prawo do otrzymania, a nawet założenia takiej kamizelki. Nawet heretyk, który przyszedł tylko na kawę.   

Mimo wszystko, warto poświęcić godzinkę dla takiej sprawy, jak darmowa kawa. Po pierwsze, to czysta oszczędność dla kogoś, kto jest od kofeiny uzależniony. Na marginesie, w grupie heretyków odnotowujemy szczególnie wysoki odsetek uzależnienia od kofeiny. Według najnowszych badań, jest to związane z tak zwanym kawiarnianym stylem życia, charakterystycznym dla heretyków mieszkających w miastach. Statystyczny heretyk w ciągu życia spędza w kawiarni o połowę więcej czasu niż we własnym mieszkaniu. Ponad 75% badanych wymienia kawiarnię jako idealne miejsce do pracy, a prawie 80% zabrałoby swoją partnerkę do kawiarni na randkę. 

Po drugie, podczas takiego picia darmowej kawy można poczynić interesujące obserwacje. Można na przykład zaobserwować reakcje przeciwników obrony życia na zbiórkę podpisów pro-life. Najmłodsi ograniczają się do feministycznych haseł, rzucanych niby to mimochodem podczas mijania pikiety. Śmieją się z własnych słów – tak, jak śmieje się ktoś, komu udał się dobry kawał - a jednocześnie nie patrzą w stronę zbierających, unikają konfrontacji. Starsi, na poziomie studiów wyższych, podejmują już próby merytorycznej dyskusji. Propozycja uczciwej walki na argumenty wychodzi zwykle ze strony młodych dorosłych, będących w trakcie studiów medycznych. Osoby w wieku 26-35 lat najczęściej skarżą się na negatywny wpływ publicznej działalności pro-life na psychikę małych dzieci, a także na hałas spowodowany przez megafon. Prawdziwą zaciekłość w zwalczaniu pro-liferów wykazują jednak dopiero dojrzali przeciwnicy obrony życia, w wieku 55-75 lat. Jednocześnie ich wypowiedzi można zaliczyć do tych najmniej merytorycznych. Zwolennicy opcji pro-choice z tej grupy wiekowej często twierdzą, że wolontariusze są niepełnoletni i zostali przymuszeni do takiej działalności przez księży oraz przez sprzymierzonych z księżmi prawicowych polityków. Feministki po czterdziestce mają szczególnie emocjonalny stosunek do omawianego tematu – często podchodzą do stolika proliferów tylko po to, by powiedzieć wolontariuszom, że powinni się wstydzić. 

Oczywiście, wśród przechodniów są jeszcze obrońcy życia. Tacy, którzy oferują kawę. Tacy, którzy dziękują.  Tacy, którzy w rubryce adres wpisują "bezdomny". Nawet tacy, którzy nie mogą podpisywać obywatelskich projektów z powodu zbyt młodego wieku albo braku obywatelstwa. Podchodzą z dziećmi, z psami, z zakupami. Albo podchodzą, żeby wyznać, że sami nie mogą mieć dzieci. Podchodzą studenci - tacy, którzy mieli dobrych profesorów, oraz tacy, którzy z zasady nie ufają profesorom. Podchodzą też osoby dojrzałe. Niektórzy z nich proszą, by pomóc im w spisywaniu danych z dokumentu tożsamości. Dla innych pewnie przyjęcie takiej pomocy byłoby moralną klęską. Jak to tak, przed młodymi dziada z siebie robić? Poza tym, gówniarze muszą wiedzieć, że nie można sobie ot tak grzebać w dokumentach starszych. Samodzielnym być trzeba. Zrobić sobie specjalną kartkę z tymi wszystkimi cholernymi numerkami, których za Chiny konfucjańskie nie da się odczytać z tych przeklętych kartoniczków. I po kłopocie! Oczywiście, ci młodzi ludzie przy stoliczkach to samo złoto i diamenty. Chyba, że stoją przy niewłaściwych stoliczkach. Trzeba uważać. Lewactwo też może mieć swoje stoliczki. W każdym razie, zasady to zasady. Raz człowiek odpuści i już robią z nim wywiad. Do materiału poświęconego ofiarom "mafii wnuczkowej".

Poświęćmy moment tym przechodniom, którzy nie mają obywatelstwa. Według Pana Heretyka, tacy Zagraniczni są najciekawsi. Ci Krajowi zdążyli się przyzwyczaić. Nawet do plakatów. Nie znaczy to, że nie ma już emocji. Emocje są, zawsze te same. Ale do wszystkiego można się przyzwyczaić. Nawet do emocji. Dla Zagranicznych sprzeciw wobec aborcji, a szczególnie taki wyrażany publicznie, to najczęściej zupełna nowość. Za Granicą nikt już przecież takich rzeczy nie robi. Krajowi, bez względu na to, czy są pro-life, czy też pro-choice, zwykle nie mają zbyt dużo czasu na rozmowę przy stoliku. Zagraniczni, bez względu na to, czy są pro-life, czy też pro-choice, nie odchodzą od stolika tak szybko. Chcą Rozmowy. Twierdzą, że Za Granicą dość rzadko mają okazję do Rozmowy tego rodzaju. Nie znaczy to, że Za Granicą nie ma już aborcji. Aborcja jest. Tym, czego nie ma, jest Dyskusja. Za Granicą nie-dyskutuje-się o Takich Sprawach. W każdym razie istnieją ludzie Zagraniczni, którzy trwają w przekonaniu, że Za Granicą nie-dyskutuje-się o Takich Sprawach. 

Przekonanie to nie zawsze znajduje potwierdzenie w faktach. Dawid wyjaśnił Panu Heretykowi, że zdjęcia, które Krajowi proliferzy mają na swoich plakatach, przedstawiają te same dzieci, które znajdują się na plakatach pro-liferów działających Za Granicą. Zdjęcia były robione Za Granicą. Idea plakatów narodziła się Za Granicą. Nie jest więc prawdą, że Za Granicą nie-ma-dyskusji. Są za to osoby, które chciałyby, żeby nie-było-dyskusji. Zarówno Za Granicą, jak i W Kraju. Za Granicą sytuacja jest taka, że sprawianie wrażenia, że nie-ma-dyskusji, jest stosunkowo łatwe. Za Granicą media-i-uczelnie nauczyły się już, że nie-ma-dyskusji. Nie ma więc znaczenia, czy między ludźmi Za Granicą trwa Dyskusja na temat aborcji, czy też nie. Ważne, że Za Granicą w-mediach-i-na-uczelniach sytuacja jest taka, że nie-ma-dyskusji. To wystarczy, żeby nie-było-dyskusji Za Granicą. Natomiast sytuacja W Kraju jest znacznie trudniejsza. Sytuacja przedstawia się tak, że media-i-uczelnie W Kraju nie potrafią się zdecydować, który scenariusz bardziej im się opłaca. Być może ten, w którym nie-ma-dyskusji. Być może ten, w którym dyskusja-trwa-w-najlepsze. Sprawa nie jest rozstrzygnięta. Z tego właśnie powodu sytuacja W Kraju  jest trudniejsza.

Wnioski nasuwają się same. 
Heretycy mieszkający Za Granicą mają znacznie mniejsze szanse na darmową kawę.